maja 19, 2018

It's Skin - Mangowhite peeling gel

It's Skin - Mangowhite peeling gel
Hej,

Czy znalazłyście już kosmetyk idealny? Czy wierzycie w jego istnienie? Ja nie, jednak jedyne co mogę stwierdzić na pewno, że nigdy nie miałam lepszego peelingu niż  Mangowhite peeling gel od It's Skin (49zł).


Ja wiem, że nigdy nie zaczynam recenzowanej pielęgnacji od takiego oświadczenia, ale no muszę, muszę bo się uduszę! Moja skóra na twarzy jest tak delikatna i wybredna, że nic kompletnie jeśli chodzi o peelingi się nie sprawdza - wszystko podrażnia, aż tu naglę taki Gral :)

Peeling kupiłam w marcu 2017 TUTAJ i jego resztki wyskrobałam jeszcze w Październiku - bite 7 miesięcy używania dwa razy w tygodniu za 50zł - dla mnie deal życia :) Na jedno użycie nie nakłada się dużo, bo i dużo nie trzeba żeby zrobił swoje.

Kilka szybkich faktów:
  • Pojemność 120ml
  • Ważność 12 miesięcy od otwarcia
  • Cena ok. 50zł
  • Skład: Water, Butylene Glycol, Cellulose, Alcohol, Garcinia Mangostana Peel Extract, Triethanolamine, Carbomer, Panthenol, Methylparaben, Carica Papaya (Papaya) Fruit Extract, Peg-40 Hydrogenated Castor Oil, Ppg-26-Buteth-26, Fragrance, Pyrus Malus (Apple) Fruit Water, Zea Mays (Corn) Starch, Polyethylene, Lactose, Lavandula Angustifolia (Lavender) Flower Extract, Ocimum Basilicum (Basil) Flower/Leaf Extract, Rosmarinus Officinalis (Rosemary) Leaf Extract, Foeniculum Vulgare (Fennel) Fruit Extract, Disodium Edta, Houttuynia Cordata Extract, Chamomilla Recutita (Matricaria) Flower Extract, Althaea Officinalis Leaf/Root Extract, Butyrospermum Parkii (Shea Butter), Copernicia Cerifera (Carnauba) Wax, Iron Oxides (Ci 77491), Macadamia Ternifolia Seed Oil, Iron Oxides (Ci 77492), Iron Oxides (Ci 77499), Squalane, Tocopheryl Acetate, Hydroxypropylcellulose, Red 33 (Ci 17200) 


Peeling przychodzi do nas w plastikowej tubie, bardzo giętkiej, a jej boki są przeźroczyste - więc możemy monitorować ubytek produktu. Opakowanie jest bardzo poręczne, jednak wszystkie niezbędne informację są po koreańsku, wiec ratuje nas tutaj jedynie strona sklepu.

Dozowanie jest bardzo przyjemne, produkt się nie rozlewa i zawsze możemy wydostać idealną ilość jaką potrzebujemy.

Ciekawostką jest to, że jest to peeling nakładany na sucho :) pierwszy raz spotkałam się z czymś takim, zazwyczaj produkty tego rodzaju nakłada się na zwilżoną twarz, a tu takie zaskoczenie!

Dość o opakowaniu! Sam peeling ma lekko różowy kolor - bardziej to blady, pudrowy róż niż soczysta landrynka :) Konsystencja jest idealna, nie za gęsta i nie za bardzo lejąca. Nie spływa z ręki, ale bardzo dobrze się rozprowadza. Jest pełna jakby małych, czerwonek kropeczek które wyglądają jak małe nasionka. Pod palcem jednak rozpływają się jak masło.

Zapach, z którym do tej pory jeszcze się nie spotkałam - bardzo przyjemny, nie nachalny - jakby owocowy i kwiatowy jednocześnie :) Bardzo szybko po nałożeniu peelingu się ulatnia.

Skóra po masażu takim produktem jest jak odnowiona, promienna, gładziutka i bardzo miękka.


Obietnice producenta:
"Dzięki innowacyjnej formule peeling delikatnie, ale niezwykle skutecznie oczyszcza skórę, usuwając martwy naskórek oraz nadmiar sebum bez powodowania podrażnień. Przywraca skórze zdrowy koloryt i wygładza jej strukturę. Po zastosowaniu skóra jest czysta, świeża, promienna i aksamitna w dotyku. Odpowiedni dla każdego rodzaju skóry. Dodatkowo, wyciąg z owoców mangostanu ma znakomite działanie przeciwzapalne oraz łagodzące."

Co ja na to?
  1. Dokładnie tak jest, proces usuwania starego naskórka jest najdelikatniejszy na świecie, nie wyobrażam sobie, że można to zrobić jeszcze delikatniej. Skóra nie jest potem zaróżowiona czy też ściągnięta. 
  2. Wygładzenie jest w prost oszałamiające, jakby ktoś jednym ruchem ręki ściągną Wam z twarzy warstwę wszelkich oznak przesuszenia i zostawił nową świeżutką skórę która czaiła się tuż pod powierzchnią.
  3. Jeśli ktoś się kiedyś zastanawiał czy skóra może być delikatna jak aksamit - może :) Po przemyciu twarzy wodą skóra jest młodsza i promienna.
  4. Jeśli mam być szczera to moja skóra nigdy nie była taka ładna jak w okresie kiedy używałam tego peelingu, jej spadek formy i powitanie sporadycznych nieprzyjaciół zaczął się kilka tygodni po odstawieniu tego cuda :(
Czy kupie ponownie? TAK, TAK i jeszcze raz TAK!

Serio czy ktoś po takiej recenzji mógł się spodziewać innej odpowiedzi? : Kochane, ja nie wiem jak to jest możliwe, że jego zapas nie jest jeszcze wszędzie wykupiony?! Najlepszy produkt ever! Sam proces nakładania peelingu i masażu jest niesamowity - tak jakby ten żel szedł sobie po naszej twarzy i jak kwiatki zrywał każdą suchą skórkę - niesamowite. Nie znalazłam żadnej wady tego produktu - no może mógłby być tańszy :)


>> Następcą peelingowy będzie teraz Nacomi Face Scrub - peeling do twarzy wygładzający. Jak tylko go wykończę to dostanie także swoją recenzję <<

A Wy miałyście przyjemność obcować z którymś z tych peelingów? A może uwielbiacie jakiś inny?
Dajcie znać koniecznie jakie polecacie :)
Pozdrawiam!

maja 12, 2018

Fioletowa historia

Fioletowa historia
Hej,

Dawno nie było żadnego posta o pazurach. Pozwólcie, że właśnie ten taki będzie :) Po tytule możenie już wnioskować, że post opanuje kolor fioletowy :) Pantone wybrał fiolet kolorem roku - nie może on mi wyjść z głowy.


W dzisiejszym poście główne skrzypce grają wspomniane wcześniej fiolety. Będzie to kolaboracja dwóch firm :) Semilac w kolorze Lila Story nr 145 oraz Provocater Purple Euphoria nr 92. Do tych dwóch przystojniaków dołączą także białe naklejki wodne, ale to już w dalszej części posta :)


Lila Story nr 145 - to cudny odcień, jasny lawendowy kolorek, wręcz pastelowy, ale przy tym ma bardzo dobre krycie. Jako rodzynek powędrował na palec wskazujący obu dłoni.


Purple Euphoria nr 92 - to ciemny i bardzo intensywny fiolet o cudnej soczystej i chłodnej barwie. Jak to u wszystkich lakierów firmy Provocater bywa, ma on mega gęstą konsystencje i już przy pierwszej warstwie daje 100% krycia. Te odcień powędrował na wszystkie pozostałe palce :)



Całość mani dopełniły naklejki wodne, kupione na Allegro :) Naniosłam je na palec środkowy i serdeczny, co by przełamać bielą tą fioletową inwazję koloru!

Mani trzymał mi się jednak zaskakująco krótko, bo 8 albo 9 dni :( Najpierw zaczęły odchodzić naklejki przy brzegach paznokci, musiałam je źle zabezpieczyć topem. Następnie przy wolnych brzegach przy palcu wskazującym i środkowym zaczął odchodzić mi od paznokci cały lakier. Ściągnęłam te dwie hybrydy i nałożyłam ponownie, jednak akcja niestety się powtórzyła.  Podejrzewam, że to wina kombinacji bazy oraz topa z Smilaca i lakierów Provocater - może się nie lubią :(



A u Was co teraz króluje na pazurach? Coś wiosennego, letniego?
Pozdrawiam Was gorąco!

maja 05, 2018

Popłynęłam ~12~

Popłynęłam ~12~
Hej!

Skoro nowy miesiąc to i nowe zdobycze makijażowe :) Jak zwykle będą pomadki, bo tego u mnie nigdy nie dosyć, ale wyjątkowo pojawią się też dwa podkłady :) Jeśli jesteście zainteresowani to zapraszam do czytania!



Jak widzicie przekrój produktów dość spory, zarówno jeśli chodzi o markę jak i rodzaj kosmetyku. Dodatkowo do zestawienia trafiła paleta GlamBOX edycja V "Blask i cienie" (199zł), którą kupiłam już bardzo dawno, ale gdzieś mi się zapodziała w moich zbiorach i dlatego wcześniej nie trafiła na bloga :(



Zacznę właśnie od wspomnianej palety. Jak pisałam wyżej, kupiłam ją wcześnie, chyba w grudniu jeszcze - a potem nie używając odłożyłam do zakupowych zdjęć i przepadła :) Kompletnie o niej zapomniałam. Paleta jest dużo większa niż poprzednie edycje GlamBOX. Znajdziemy w niej także podwójną ilość cieni w porównaniu do innych palet Hani. Wyjątkowe są tutaj także 4 cienie które są pigmentami zatopionymi w specjalnej lepkiej bazie, aby idealnie przenosić się na powiekę. Niestety paleta jak wszystkie w Glamshop jest limitowanką i już dawno nie można jej dostać - rozeszła się jak świeże bułeczki :)



Pierwszy raz mam dla Was w zakupowych zdobyczach podkład, wcześniej pojawiły się jedynie TUTAJ próbki podkładów. Powód jest banalny, nie chce ich otwierać do zdjęć, póki mam jeszcze sporo otwartych innych. Tym razem jest inaczej, bo pozostałe podkłady już pokończyłam lub mam na wykończeniu :) Pierwszy produkt o którym chciałam Wam napisać jest Deborah Milano Formula Pura w kolorze najjaśniejszym czyli 00 Ivory (48,39zł). No i nie uwierzycie, ale jest dla mnie sporo za ciemny :( Po mojej dłoni można to łatwo zauważyć. Rozjaśniam go Pro Foundation Mixerem z NYX. Bardzo ładnie wygląda na twarzy, nie trzeba go przypudrowywać bo ma już pudrowe wykończenie po chwili od nałożenia na twarz. Ma raczej gęstą formułę, ja nakładam go syntetycznym pędzlem, a potem doklepuje gąbeczką. Największym jego plusem jest zapach... ach ten zapach... jak najsmaczniejsze maślane ciasteczko :) Pachnie cudnie, aż by się chciało sprawdzić czy tak samo smakuje :)



Następnym podkładem, a raczej BB kremem jest wychwalany wszędzie Missha Perfect Cover BB Cream SPF42 w kolorze nr 13 Bright Beige (54,29zł). Ja kupiłam go z dwóch powodów, po pierwsze dla tego że uwielbiam BB kremy i tego znajdziecie u mnie najwięcej, rzadko kupuje stricte podkłady. Po drugie po przeczytaniu tylu recenzji i obejrzeniu tylu filmów - ten krem nie mógł być zły - ech...
Nie twierdzę, że jest mega zły, po prostu nie dla mnie. Zacznę od koloru, wybrałam najjaśniejszy, który niestety wpada trochę w różowe tony, co przy mojej bladoróżowej karnacji nie jest najlepszym połączeniem :( Ma bardzo ładny kremowy zapach, opakowanie jest bardzo poręczne, a sam krem bardzo dobrze nanosi się na twarz - ja to robię gąbeczką. No i tyle z plusów. Niestety nawet mocno przypudrowany już po 4h włazi w każde załamanie skóry, do tego nie ma kompletnie krycia, lekko ale z podkreśleniem słowa LEKKO wyrównuje koloryt skóry, więc jeśli któraś z Was ma idealną cerę bez przebarwień to proszę bardzo :) Ja wiem, że to jest BB krem i nie powinnam oczekiwać tu żadnego krycia, no ale zlitujcie się, coś powinien robić :( Do tego gdzie on ma 50ml? No niby napisali na opakowaniu, że ma, ale jak chwycicie go do ręki to mam wrażenie że jest tego tam mniej niż 20ml, a opakowanie wydaje się w połowie puste :( Kompletnie nie rozumiem zachwytów nad tym produktem, jeśli go miałyście lub macie to dajcie znać - dla mnie mega rozczarowanie...


Następne 3 produkty kupiłam jakoś przypadkiem, były tanie a brakowało mi chyba do darmowej dostawy, więc wrzuciłam je w koszyk. Tu niestety też nie wypał.


Najpierw cień NYX Baked Shadow w kolorze Supernova BSH 19 (6,60zl). Na palcu jak i w opakowaniu ma przepiękny, błyszczący, szampański kolor - jednak na powiece gdzieś znika :( Może lepiej by wyglądał nałożony na jakąś bazę pod pigmenty, bo sam to mega rozczarowanie. Na powiece cały blask znika i wygląda jak zwykły beżowy cień i do tego średnio napigmentowany.


Jeśli chodzi o kredki NYX Infinite Shadow Stick w kolorze Almond ISS 05 oraz Silk ISS 04 (7,91zł) to tutaj także porażka, producent opisuje, że kredki te są wodoodporne i nie ścierają się i nie rolują - to chyba jakieś jaja, bo jest dokładnie odwrotnie. Nie zasychają nigdy, do tego rolują się cały czas, w jeden dzień poprawiałam powiekę chyba z 6 razy, a po powrocie do domu zmyłam od razu bo i tak prawie nic nie zostało. Pierwszy kolor Almond to taki szarawy, chłodny odcień brązu, natomiast Silk to dużo jaśniejszy złotawy beż. Wypróbuje je jeszcze jako bazę pod inne cienie, może tak się sprawdzą - nie wiem.



Teraz pora na 3 nowe pigmenty z Glamshop - GlamSHADOWS (14zł). Po pierwszym spotkaniu z tymi pigmentami byłam bardzo na tak, więc zamówiłam sobie kolejne :) Pierwszy kolor to Luna - mocno świetlisty cień, ma szarozieloną poświatę. Śnieżka w opakowaniu wygląda jak śnieg, na palcu jak kawałki sreberka, a roztarta daje efekt tysiąca iskierek w białym i srebrnym kolorze - przepięknie się błyszczy. Cukier puder w opakowaniu wygląda jak jasno i ciemno szary pyłek, a roztarty na dłoni daje roziskrzony efekt jak poprzedni, jednak tutaj miliony małych iskierek mają jasnoróżowy i jasnoniebieski kolor - przepięknie wygląda to pod światło.



Następny produkt myślałam, że będzie tym jedynym, wyczekiwanym i wyszukiwany. Nie jest źle jednak dalej to jeszcze nie to. Pisałam już o nim TUTAJ, kiedy zamówiłam sobie próbkę. Napisałam Wam wtedy że nie bieli - jednak bieli, a jak użyjemy go do bakingu to trzeba się mega nagimnastykować, żeby pozbyć się białych placków. Ecocera Transparenty puder ryżowy Fixer (16,63zł), bo o nim mowa, przychodzi w dużym opakowaniu i jak na 15gram to jest tam go strasznie dużo. Jednak co z tego jak przy pierwszym użyciu połowa wysypała mi się na ubranie i dywan :( Nie wiem czy to przy każdym opakowaniu tak jest - dajcie znać, ale u mnie to sitko jest za lekko wciśnięte lub po prostu niewymiarowe i się nie mieści, dlatego co chwila mi wyskakuje samo z pudełka. Użyłam pudru kilka razy, a prawie go już nie mam. Całe szczęście, że był nie drogi. Bardzo ładnie trzyma mat i nie waży się z żadnym podkładem czy kremem BB, a to duży plus :)


Pora na zakupy paznokciowe. Tym razem skromnie, bo tylko dwa produkty. Pierwszy to moja ukochana baza z Semilac - Lakier hybrydowy, budujący SemiHardi Milk (37zł). Zawsze nakładam go na zwykłą bazę, aby dodatkowo wzmocnić jeszcze płytkę paznokcia :)


Drugą rzeczą jest pyłek na paznokcie od Semilac, czyli Semilac Flash Galaxy Brown&Gold nr 667 (29zł). Niech Was nie zmyli nazwa, bo ten kolorek nie ma nic wspólnego z brązem czy złotem, ja tam doszukałam się mnóstwa zieleni, różu i miejscami fioletu :) Konsystencja jest bardzo lotna i delikatna, jakby potargane drobno, bardzo cienkie sreberko mieniące się różnymi kolorami.




Teraz pora na pomadki. Na początek dwa produkty od firmy Nabla. Pierwsza pomadka to niby specjalna edycja na Święta Bożego Narodzenia, która dalej jest w drogeriach internetowych, nawet po Wielkanocy. Druga to zestaw: konturówka i pomadka matowa w płynie - także wydane w Grudniu na Święta.


Kolory są śliczne i jakość tak samo dobra jak tych pomadek w kolekcji stałej. Pierwsza to Nabla Dreamy Matte w kolorze Noblesse Oblige (47,92zł) w raczej ciemnym kolorze. Odcień jest bordowo-różowy z domieszką szarości i brązu - przepiękny :) Drugi produkty to Nabla Dreamy Holiday Collection Dreamy Lip Kit w kolorze Closer (61,51zł). Ten kolor jest troszkę inny niż się spodziewałam, myślałam, że będzie to pastelowy, szarawy róż, jednak kolorkowi na moich ustach bardziej mu do beżowo-brązowego niż różowego, a szkoda :(


Na koniec trzy Maczki (68,80zł) kupione na promocji 20% :) uważam, że inaczej się ich nie opłaca kupować, szczególnie jeśli je lubicie tak jak ja i nigdy nie macie dość :)



Dwie z nich są o wykończeniu błyszczącym Creme Sheen. Pierwsza to Japanese Maple, czyli śliczni dzienny nudziak w beżowym odcieniu, a druga to Modesty, czyli brązowo-różowa i przydymiona, ostatnio strasznie lubię takie kolory - są nieoczywiste :) Ostatni kolorek to super soczysta różowa-czerwień All Fired Up w wykończeniu Retro Matte.

U mnie to tyle w temacie zakupów jeśli chodzi o poprzedni miesiąc, a u Was?
Pozdrawiam Was serdecznie!

PS. Zapraszam Was do rozdania które zrobiłam na moim Insta z okazji 1 roku bloga :)


kwietnia 27, 2018

W brzoskwini mi do twarzy

W brzoskwini mi do twarzy
Hej Kochani!

Dziś mam dla Was propozycję wiosennego makijażu :) Dużo odcieni brzoskwini i pomarańczu, makijaż raczej w wersji mocniejszej lub dziennej dla odważnych. Ja go wykonałam na wieczorną "randkę" z mężem.


Makijaż jak zwykle u mnie, nie jest pracochłonny, a kreska nie jest super prosta, więc myślę że każdy laik makijażowy jak ja może się tu odnaleźć :) Zamiast linera możecie użyć też czarnego/brązowego cienia lub kredki do oczu i je rozetrzeć wzdłuż górnej linii rzęs.

Kolory podkreśliły mój kolor oczu - niby niebieski i niby zielony :)
Niżej znajdziecie krok po kroku jak zrobiłam powyższy makeup:

>> Na całą powiekę powędrowała baza pod cienie Golden Rose Eyeshadow Primer, a na nią cień Sensique nr 207 Ivory aby zmatowić i ujednolicić całą powiekę, a pozostałe cienie będą się przez to lepiej rozcierały
>> W załamanie powędrowała mieszanka dwóch matowych odcieni z Glamshadows Blada Brzoskwinia oraz Słodkie Kakao
>>  Zewnętrzny kącik na górze i na dole przyciemniłam bardzo intensywnym, ceglastym matem  Gramshadows Bingo
>> Na środek ruchomej powieki powędrował ciemny pomarańcz, który iskrzy milionem złotych iskierek Glamshadows Mandaryna
>> Wewnętrzne kąciki na obu powiekach rozświetliłam i rozjaśniłam złotym, masełkowym i połyskującym kolorem Krem Maślany od Glamshadows
>> Na górnej powiece wzdłuż linii rzęs narysowałam "cienką" kreskę ciemnobrązowym eyelinerem od Eveline Celebrities Eyeliner w kolorze Brown
>> Na koniec górną i dolą linię wodną pomalowałam kredką do oczu z Kryolan Kajal w odcieniu Brown i dwa razy wytuszowałam rzęsy



Na koniec zdjęcie wszystkich kosmetyków użytych do tego makijażu :)


TWARZ:
Baza Bielendy Make-up Academie Lumiere Base; Laneige Snow BB Cream w kolorze nr 1 Shimmer Brightening; orektor z L.A. Girl Pro Conceal – Porcelain; Golden Rose Longstay Matte Powder nr 01; Bronzer z Kobo nr 308 Sahara Sand; Rozświetlacz z Mysecret Face Illuminator - Sparkling Beige
OCZY:
Baza pod cienie Golden Rose Eyeshadow Primer; Cień Sensique nr 207 Ivory; Glamshadows (cień Słodkie Kakao, Blada Brzoskwinia, Binko, Mandaryna, Krem Maślany); Kredka do oczu z Kryolan Kajal – Brown; Eveline Celebrities Eyeliner w kolorze Brown; Tusz Bourjois Volume Reveal Mascara Radiant Black
BRWI:
Kredka do brwi z Golden Rose Longstay Precise Browliner nr 102; Żel do brwi z Sleek Brow Perfector – Clear
USTA:
Pomadka Mac w kolorze Fanfare

Czy Wy też już czujecie wiosnę?
Ściskam Was mono! 

kwietnia 21, 2018

Męska pielęgnacja dla opornych

Męska pielęgnacja dla opornych
Hej!

Jeśli Wasz facet jest typowym, zarośniętym "drwalem" to produkty opisane niżej na bank mu się spodobają - tylko trzeba ich "zeswatać" ze sobą podstępem lub bardzo dobrze rozreklamować na podstawie doświadczeń innego faceta :) Poniżej opiszę Wam przygodę mojego męża :)


Pokrótce opiszę Wam może troszkę podejście mojego męża do tak zwanych prze niego "wynalazków" :) Nazywa on tak wszelkie męskie kremy, żele do twarzy, peelingi i toniki - dla niego to "robienie z chłopa baby". Nie twierdzę, że mój mąż myje się tylko raz na tydzień i nie używa dezodorantu - bo tak się składa, że jest okropnym czyściochem, jednak do szczęścia przy myciu akurat twarzy wystarczał mu zawsze żel pod prysznic, który akurat był "wielofunkcyjny" bo nadawał się do włosów jak i ciała - więc idąc dalej męską logiką także i do twarzy :(

Na nic były moje tłumaczenia, że przesusza mocno cerę, że przecież ja mam delikatne żele do mycia twarzy to może ich używać - nie, nic nie było w stanie go przekonać - do czasu :)

Ziaja Liście Manuka - Żel myjący normalizujący

W netach zaczęło huczeć o cudownym żelu do mycia z Ziaja Liście Manuka - Żel myjący normalizujący (8,59zł). Ja jako zapalony tester wszelkich nowości postanowiłam wypróbować, a że cena nie zbyt szalona, to co mi tam :) Na opakowaniu jest napisane, że jest do cery mieszanej, więc powinien się sprawdzić - a no jednak nie :(

Po pierwszym użyciu czułam się jakby ktoś mi zassał twarz próżniowo, nie mogłam nawet nic powiedzieć, bo tak wysuszyło mi całą twarz, a policzki mnie dosłownie piekły z bólu (są one najbardziej przesuszająca się częścią mojej twarzy). Pomyślałam sobie, że wywalę co mi tam, 8zł płakać nie będę i wtedy akurat gdy miałam już wywalić przemówił mój mąż :)
"Czemu wyrzucasz, przecież to pełne opakowanie?". Odpowiedziałam, że nie nadaję się do  mojej skóry bo wysusza ją na wiór, raczej jest dla ludzi z bardzo tłusta cerą - i wtedy chytry przebłysk geniuszu zaświtał w mojej głowie :) "Ale Ty ciągle narzekasz, ze masz strasznie tłustą skórę na twarzy no i że się ciągle świecisz. To może spróbuj, żeby się nie zmarnowało?" W tym momencie był już mój! Sam był przeciwny wyrzuceniu, więc teraz głupio powiedzieć, że to nie męskie używać takiego żelu i jednak wyrzuć - no i zabrał.

Ziaja Liście Manuka - Żel myjący normalizujący

Nic się nie odzywałam przez pierwsze dni, a widziałam, że żel ciągle stoi przy wannie i go ubywa. W końcu nie wytrzymałam i spytałam czy używa i jak mu się sprawuje. Odpowiedź była krótka, aczkolwiek bardzo treściwa: "Zostawiłem, bo nie świecę się już jak świnia po tym" :) Hahaha odpowiedziałam, że super, a w środku skakałam ze szczęścia! Największa radość przyszła po kilku tygodniach, kiedy podszedł do mnie i powiedział, żebym dopisała na listę zakupów ten żel bo mu się kończy :) Takim oto sposobem mój maż porzucił stosowanie żelu pod prysznic do twarzy na rzecz żelu myjącego do twarzy od Ziaji.

Ziaja Oczyszczanie liście manuka - pasta przeciw zaskórnikom

Opowieść o tym jak Ziaja Oczyszczanie liście manuka - pasta przeciw zaskórnikom (8,59zł) znalazła się w męskiej pielęgnacji mojego męża jest całkiem zabawna :)

Od zawsze mój mąż, jako posiadacz grubego i bujnego zarostu miał problem z wrastającymi się włosami po goleniu. Wiele razy słyszałam jak mówił, że znów włos mu się wrasta i jak to boli. Kiedyś w pracy moja koleżanka położyła na biurku zakupy z Natury (drogeria znajduje się przy naszej pracy) i zauwazyłam że ma w reklamówce wspomniany wcześniej żel do mycia twarzy, no to mówię jej że się może zdziwi, ale mój mąż bardzo polubił ten żel i używa już ponad rok, a ona się zaśmiała i mówi, że jej też i do tego stosuje jeszcze pastę z tej serii jako peeling, bo mu się włosy po goleniu wrastają :)

Ja w pozytywnym szoku zaraz po pracy poleciałam kupić tą pastę i wieczorem zaprezentowałam ją mężowi: "Kochanie koleżka w pracy mówi, że jej mąż używa takiej pasty do twarzy, żeby mu się włosy po goleniu nie wrastały. Kosztuje kilka złotych więc Ci też kupiłam, może spróbujesz? Jest z tej samej firmy i serii co żel". Popatrzył trochę na mnie krzywo, że znów chce mu coś wcisnąć, ale zabrał.

Ziaja Oczyszczanie liście manuka - pasta przeciw zaskórnikom

To był strzał w dziesiątkę, nie wiem czy zostawił ją, bo skoro inny facet stosuje to już to nie jest takie "mało męskie" - ważne że zgodził się wypróbować i od tamtego czasu mąż stosuje pastę zawsze po dwóch dniach od golenia, czyli jakoś dwa razy lub raz w tygodniu (zależny jak często się goli) no i jak na razie ciągle kupujemy nowe opakowania. Komentarz mojego męża: "Działa" :) Włosy po goleniu przestały mu się wrastać, trafi się czasem może jakiś jeden, zbuntowany włos, ale bardzo rzadko - raz na kilka miesięcy.

Nie wiem jak Wasi mężczyźni, ale mojego  było bardzo ciężko do czegoś namówić, jednak jak w końcu dał się podejść i po wypróbowaniu zauważył, że to działa - to jest temu wierny.

Wiem, że na bank nie nakłonię go nigdy na używanie regularnie kremu do twarzy - jedyna pociecha, że jak zimą ma przesuszoną twarz od mrozu, to sam na jakiś czas sięga po zwykły krem Nivea i to mu starcza. Podobnie jest z kremem do rąk, dopóki go nie pieczę skóra dłoni z wysuszenia lub mu boleśnie nie popęka to nie użyje żadnego "smarowidła" :) Można mu mówić, że takie stosowanie "od wielkiego dzwonu" nic mu nie da, że to trzeba regularnie - ech.

Może Wy macie jakieś fortele na mężczyzn w tych dwóch wypadkach, co by zaczęli używać kremów regularnie?


Mam nadzieję, że historia mojego męża pomoże którejś z Was nakłonić swojego faceta na wprowadzenie pielęgnacji do jego rutyny. Jeśli tak się stanie dajcie znać :) 
A może Wy macie jakieś ciekawe historie związane z tą tematyką, lub może u Waszych panów sprawdza się coś innego?

Czekam na Wasze komentarze!

Copyright © 2016 M&M - Mouse and Makeup , Blogger