listopada 17, 2018

Indianin, ciastko i troche czerni

Indianin, ciastko i troche czerni
Hej!

Mam dziś dla Was mocno jesienną propozycję pazurową :) mnie już całkowicie pochłoną jesienny klimat - sweterki, ciepła herbata i wieczór z książką lub pod kocem przy dobrym serialu, a jak u Was?
Głównymi bohaterami dzisiejszego posta są 3 kolorki od Semilac: nr 097 Indian Rose, nr 162 Creamy Cookie oraz ciemny przystojniak Brown Black nr 077.


Ciepłe i mocno jesienne kolory, prawda? Mi ta kolorystyka od razu kojarzy się z tą pora roku :) Na palcach serdecznych dodatkowo pojawiło się zdobienie w formie koronki, które meeega mi się podoba!


Creamy Cookie nr 162 - Co za cudny nudziakowy kolor, piękny bardzo jasny beż, idealny do zestawień z ciemnymi kolorami, oraz perfekcyjny do ślubnych pazurków oraz oficjalnego lub biurowego mani. Jak na tak jasny kolor ma bardzo dobre krycie, dwie warstwy całkowicie wystarczyły. Ten kolorek powędrował na kciuk oraz serdeczny palec - na tej drugiej lokalizacji posłużył mi jako tło pod ozdobną koronkę.


Brown Black nr 077 - jest prawie czarny, jednak pod światło da się zauważyć jago głęboko czekoladowy odcień - taka mocno gorzka czekolada :) Bardzo dobrze kryje i jeśli nudzi Was zwykła czerń to jest to kolor dla Was. U mnie w tej stylizacji rozgościł się na palcu wskazującym i małym. Nadaje całemu mani lekko mroczny charakter.


Indian Rose nr 097 - to lekko ciepły, ciemniejszy, herbaciany brudny róż. Jeden z moich ulubionych kolorów w gamie tej marki. W zależności od oświetlenia zmienia się on z jasnego pudrowego do ciemniejszego lekko brązowo – różowego odcienia. W moim mani wylądował na środkowym palcu, aby dodać troszkę kobiecego koloru w stylizacji.



Jak Wam się podoba takie zestawienie? Koronka oszukana, bo to naklejka - niestety nie mam tak wprawnej ręki :) Lakiery bardzo dobrze trzymały się przez dwa tygodnie, a ja czułam się super w tej stylizacji. Kolejne mani będzie także w kolorystyce jesiennej, ale już w chłodniejszym wydaniu :)


A u Was co króluje jesienią na pazurkach? Cieplutkie odcienie, a może neonowe kolory odzwierciedlające tęsknotę za latem? Dajcie koniecznie znać :)

Ściskam Was cieplutko!

listopada 12, 2018

Popłynęłam ~18~

Popłynęłam ~18~
Cześć!

I tak oto nadszedł Listopad :) za oknem świeci piękne słono, ale wieczory nie są już tak cieplutkie jak w poprzednim miesiącu. Początek miesiąca oznacza, że przyszła pora na moją makijażową "spowiedź" z grzesznych zakupów ostatniego miesiąca. Jeśli Wasze portfele są na to gotowe, to zapraszam na post :)



Tym razem prawdziwie monotematycznie, palety do oczu zdominowały moje zakupowe szaleństwa w ostatnim miesiącu, a czyja to wina? Oczywiście, że internetu! :) Moje oczy łakną tych cudnych palet, a brak sprzeciwu męża nie ułatwia zakupowej wstrzemięźliwości.


Na pierwszy ogień mam dla Was palety do oczu marki Miyo - Five Points Palette (14,99zł), w trzech odsłonach kolorystycznych. Ostatnio jest mega szał na ich nowe dziecko, które powstało we współpracy z BeautyvTricks, natomiast tamta paleta w ogóle do mnie nie przemawia i nie rozumiem szału na nią :( oczywiście z chęcią bym przygarnęła, bo podobno jakościowo cudna, ale sama nie mam ochoty wydawać na nią kasy :)


Przeglądając ich stronkę, uwagę moich oczu skradły ich małe paletki, składające się z 5 odcieni i to one mnie bardziej skusiły niż wcześniej wspomniana, osławiona współpraca. Pierwsza paleta jest utrzymana w kolorystyce bardzo ciepłej o nazwie Feminine Flame nr 11. Znajdziecie tu trzy maty (beż, jasny ciepły brąz oraz ciepły bordo-brąz) i dwa metaliczne cienie (rudy ceglany oraz ciemna bordo śliwka).


Kolejna paletka o nazwie Very Me nr 08 to zestawienie samych błyszczących cieni, idealnych do położenia na całą ruchomą powiekę. Cudne delikatne kolory (biały, jaśniutki pastelowy róż, jasne złoto, brzoskwiniowo-szampański oraz jasna miedź).


Ostatnia z całej trójki i w chłodnej, fioletowawej kolorystyce jest Old Rose nr 03, to połączenie trzech satynowych odcieni (jasny szampański, platynowy chłodny brąz oraz głęboka śliwka), jednego cudnego matu (brudny różo-fiolet) i jednego ciemnego metalika (ciemny śliwkowy granat).



Kolejna paleta to cienie już dobrze wszystkim znanej Anastasia Beverly Hills - Sultry (46GBP w Polsce 219zł). Nie wiem czemu, ale na angielskim sklepie i w firmowym sklepie marki ta paleta jest droższa od pozostałych, natomiast w Sephora cena jest taka sama jak starszych paletek - ciekawe skąd ta wariacja cenowa? Na samym początku ogromny plus za zmienienie w końcu tych welurowych opakowań na coś mniej brudzącego się! Sama paleta podoba mi się okropnie :) Jak dla mnie to jest idealna paleta na dzień dla osób o bardzo jasnej karnacji jak moja - ja wyrzuciłabym tylko ten róż i szarość, bo mam wrażenie, że wrzucono je tu jako zapychacze :)



Następna paleta to nowość z Glamshop czyli GlamBOX edycja VIII "MISZ MASZ" (179zł). Miałam jej nie zamawiać, bo tak naprawdę czaiłam się na niżej opisane pigmenty, ale jak ją zobaczyłam i te kolory to nie mogłam się powstrzymać :) Nie jest samowystarczalna, bo wśród 20 odcieni nie znajdziecie żadnego matu, ale jeśli ktoś lubuje się w neutralnych paletach to to jest idealny do nich dodatek. Przekrój kolorystyczny jest meeega zacny, ciepłe chłodne, róże, fiolety, pomarańcze, zielenie, niebieskości - masakra!



Kolejny zakup jak już wspomniałam wyżej, to był docelowy powód wizyty w sklepie internetowym Hani :) mianowicie jej najnowszy zestaw prasowanych pigmentów Turbo Glow (120zł). To zestawienie sześciu intensywnych kolorów, które zamiast fruwać w słoiczkach jak przystało na pigmenty z definicji, leżą sobie spokojnie sprasowane w foremkach i czekają aby je zmacać :)



Pierwszy to Vegas Bis, czyli sprasowany brat poprzednika z limitowani wakacyjnej w formie sypkiej. Ciepła baza, a w niej mix fioletu, zieleni i różu. Globalny Glam to mega błyszczące różowe złoto z rudym, różowym i fioletowym błyskiem. Błyskotka to biała baza z milionem zielonych, złotych i różowych refleksów.



Następny to Turbo Mięta, czyli piękna zieleń opalizująca na złoto i seledyn. Kolejny pigment to Modry Połysk, czyli wariacja w temacie koloru niebieskiego. Cudny dżinsowy odcień opalizujący na róż, fiolet i srebro. Ostatni z całej szóstki to Herbarz, bardzo intensywny ciepły rudzielec z milionem złotych iskierek.




Kilka pojedynczych cieni zakupiłam też z marki Nabla bo strasznie spodobały mi się moje pierwsze nabytki cieniowe z tej marki, tym razem kupiłam same wkłady beż pudełeczek. Zamówiłam cztery sztuki samych błyszczących kolorów.



Pierwsze dwa to Snowberry (29zł), czyli ciepły, miedziany róż z tonami pomarańczowo-złotymi i o metalicznym wykończeniu. Sugar (29zł) czyli lekko zgaszony, jasny, brzoskwiniowy róż ze złotymi i szampańskimi drobinkami. 



Kolejny to Sensuelle, czyli delikatny odcień różu o przepięknym złotym połysku, który sam nie daje koloru - on jest stworzony do błyszczenia. Ostatni odcień to Glasswork, czyli świecący fioletowo-różowy połysk na lekko ciepłej, jasnej brązowej bazie, daje bardzo delikatny kolor i mnóstwo drobinek.



Moje dziewczyny ostatnio zrobiły  mi niespodziankę :) wiedziały, że nie wybieram się na promocję w Rossmannie, więc same postanowiły pójść i mi coś upolować! Nie miałam kompletnie pojęcia o tej ich wycieczce oraz o tym co mi sprezentują, jednak muszę przyznać, że dobrze mnie znają :) Pierwszym prezentem były szminki - jakby mogło być inaczej! Dwie nowości od Wibo Magic Pop Glitter Lipstick (26,49zł). Pierwsza w kolorze neutralnym o numerze 01 to lekko beżowy kolor z domieszką różu. Druga to malinowa czerwień nr 03. Same kolory śliczne, niestety ta cała akcja z brokatem nie jest dla mnie, przy stykaniu warg tych drobin pokazuje się tyle, że dominują kolor pomadki, a przy tym rozkładają się nie równo. Niestety ten trend mnie nie zachwyca, zarówno metaliczne jak i brokatowe czy holo pomadki nie są dla mnie :(


Dziewczyny wiedzą, że ciągle poszukuje pudru idealnego i to właśnie puder był kolejnym prezentem! Lovely Mineral Loose Powder (16,59zł) ma piękny, nienachalny zapach, jest dobrze zmielony i to tyle co mogę Wam powiedzieć :) Aktualnie mam otwarte cztery pudry, więc ten idzie na razie czekać na swoja kolej :)



Ostatnią  niespodzianką była nowa paletka od Wibo Rhythm of Freedom (43,99zł). Zazwyczaj nie kupuję palet drogeryjnych, bo albo nic mnie nie zachwyca, albo jakość jest mizerna :( a tu powiem, że jak na razie to jestem na tak, potestujemy to się wtedy wyda ocenę końcową! Jak na pierwszy rzut oka to całkiem idealna paleta na co dzień z małym impaktem koloru po prawej stronie.

A Wy poszalałyście zakupowo w Październiku?
Skusiłyście się na nową Anastasję, a może wydałyście fortunę na promkach w Rossmann?
Dajcie znać :)
Ściskam Was mocno!

października 28, 2018

Nacomi Face Scrub - peeling do twarzy wygładzający

Nacomi Face Scrub - peeling do twarzy wygładzający
Hej!

Pamiętacie jak pisałam jakiś czas temu, iż znalazłam peeling idealny? Jak na razie zdania nie zmienię, a przy okazji możliwe, że znalazłam najgorszy peeling świata :) Mowa o Nacomi Face Scrub (19,99zł), który kupiłam oczywiście z polecenia w internecie - jak większość moich zdobyczy. Dlaczego dostał ode mnie to miano? Dowiecie się czytając dalej :)


Ja wiem, że nie ma kosmetyku idealnego do każdej cery, ale no po prostu nie mogę sobie wyobrazić, że stosowanie go może sprawiać komuś przyjemność :( Bardzo chciałam go polubić, jest polskiej marki, ma dobry skład i jest nie drogi - no ale nie i koniec!

Zacznę może od początku :) Kupiłam go we wrześniu zeszłego roku, tak jakoś na jesień. Jak już wspomniałam był chwalony przez youtuberki które oglądam, więc stwierdziłam - spróbuje. Jedna z nich mówiła, że ma wrażliwą cerę to pomyślałam - będzie jak znalazł :) Zaczęłam go używać od październik 2017 i może nie uwierzycie, ale przestałam go używać do twarzy jakoś po dwóch zastosowaniach :( do końca swojego żywota, czyli marca tego roku, stosowałam go tylko jako peeling do stóp.

Kilka szybkich faktów:
  • Pojemność 85ml
  • Ważność 12 miesięcy od otwarcia
  • Cena ok. 20zł
  • Skład: Aqua, Alumina, Persea Gratissima Avocado Oil, Helianthus Annuus Seed Oil, Prunus Amygdalus Dulcis Oil, Cetyl Alcohol, Argania Spinosa Kernel Oil, Cetearyl Alcohol, Glycerin, Glyceryl Stearate, Stearic Acid, Vaccinium Myrtillus Fruit Extract, Rosa Moschata Oil, Sodium Lauroyl Glutamate, Benzyl Alcohol, Parfum, Dehydroacetic Acid, CI 14720, CI 42090

Peeling dostajemy w średniej wielkości tubie z grubego plastiku. Boki są przezroczyste, więc na bieżąco wiemy ile jeszcze peelingu nam w środku zostało.  Z tego co widziałam na necie, to opakowanie zostało zmienione, wcześniej wyglądało jak poniżej:


Dozowanie jest całkiem spoko, choć im bardziej zbliżamy się do końca to ciężej jest wycisnąć wszystko. Niestety nakrętkę trzeba cały czas czyścić bo się brudzi.

Sam peeling ma kolor jasnego, rozbielonego fioletu i pachnie bardzo sztucznie - trochę słodko, jednak ja tam zapach borówek nie wyczuwam i jak dla mnie przy samym używaniu okropnie mi ten smrodek przeszkadzał.

Skóra po zastosowaniu była gładka i dodatkowo podrażniona, ale podejrzewam, że to zasługa konsystencji tego produktu. Mianowicie w średnio gęstej formule pianko-żelu ukryte są drobiny piasku - nie jest to prawdziwy piasek, ale ten cały Korund, który jest w składzie. Miliony drobniutkich, ostrych igieł tnących skórę!


Na zdjęciu powyżej może uda Wam się dostrzec ten mikro "piasek" o którym pisałam. Bardzo ciężko usuwa się produkt z twarzy, bo zostawia po myciu bardzo tłusta warstwę. Nie schodzi ani pod ciepłą, ani pod zimną wodą, więc pozostaje jedynie umycie twarzy kolejny raz żelem do mycia twarzy.

Obietnice producenta:
"Delikatne oczyszczanie skóry pomaga szybciej pozbyć się toksyn z organizmu, co ma znaczny wpływ na wygląd zewnętrzny i stan zdrowia. Doskonale dotleniona skóra dłużej zachowuje blask, jędrność i jest bardziej odporna na niszczące działanie czynników zewnętrznych. Naturalne olejki - ze słodkich migdałów i z awokado - intensywnie nawilżają nawet głębokie warstwy skóry, wygładzając drobne zmarszczki i przebarwienia. Olejek z dzikiej róży bogaty w witaminę C i prowitaminę A pomaga wzmocnić skórę, stymulując ją do odnowy i zapobiegając pękaniu naczynek krwionośnych. Ekstrakt z borówki to naturalny kosmetyk wygładzający, rozświetlający i odmładzający skórę. Dzięki wysokiemu stężeniu antyoksydantów, jest niezwykle skuteczny w walce z oznakami przedwczesnego starzenia się skóry, uszczelnia naczynia krwionośne, nawilża i regeneruje. Witamina E wzmacnia strukturę skóry, dzięki czemu jest ona bardziej odporna na działanie czynników zewnętrznych. Zwana jest witaminą młodości, ponieważ działa silnie nawilżająco i pomaga usunąć wolne rodniki - zapobiegając przedwczesnemu starzeniu się skóry. Delikatne kryształki korundu pomagają odblokować i oczyścić naskórek, dzięki czemu naturalne olejki lepiej się wchłaniają i bardziej aktywnie odżywiają skórę. Pyłek jest delikatnym składnikiem złuszczającym skórę i stymulującym jej naturalną odbudowę."

Co ja na to?
  1. Delikatne?! Jakby ktoś zdzierał pape z dachu! Ja przy pierwszym użyciu miałam wrażenie jakby ktoś na raz mi wbił tysiące igieł w twarz - masakra!
  2. Co do większego blasku i jędrności nie mogę się wypowiedzieć, bo użyłam peeling tylko dwa razy.
  3. Żadnych wygładzonych zmarszczek nie zauważyła, a intensywne nawilżanie w tym wypadku można porównać do nasmarowania się margaryną :)
  4. Moja skóra na twarzy niestety po zastosowaniu peelingu była cała zaczerwieniona i piekła.
  5. Sama borówka opisana w kosmetyku to daje produktowi chyba tylko kolor.
  6. "Delikatne kryształki" - no ja pierniczę! Kto to pisze, przecież to koło delikatności nawet nie przechodziło. Pyłek to dobra nazwa - bo to pyłek sproszkowanych żyletek :) 
  7. Skóra po pozbyciu się tłustej warstwy jest na mega gładziutka.

Czy kupie ponownie? 
Nigdy! Przenigdy! Choćby miał być to jedyny dostępny peeling na świecie!

Myślę, że nikt nie ma wątpliwości po przeczytaniu tego posta, że nie pałam miłością do tego produktu. Jakby nawet do jego stosowania dopłacali to i tak bym nie używała! Po co się tak krzywdzić? Jedyne co trzeba mu przyznać, że robi co ma robić peeling - usuwa dobrze suche skórki, bo cera jest po jego zastosowaniu na serio gładka, ale tortury doznane przy samym zabiegu nie są tego wartę - szczególnie, że przy Mangowhite peeling gel od It's Skin cały proces odbywa się bezboleśnie i do tego przy miły zapachu. Po pierwszym użyciu przeczytałam na necie, że ten cały Korund to mega zdzierak, więc czego ja się spodziewałam? Zamiast poczytać o składnikach więcej, to od razu wrzuciłam po poleceniu do wirtualnego koszyka - mam za swoje :(

Na koniec dodam Wam jeszcze bonus info z końcówki używania produktu - możecie to już dostrzec na zużytym opakowaniu, iż peeling po kilku miesiącach zmienił kolor z fioletu na zielony, a jego zapach zrobił się jeszcze brzydszy, bardziej chemiczny, dodatkowo zawartość się mega rozwarstwiła. Pod koniec marca wywaliłam resztę zawartości.


 >> Następcą peelingowy będzie teraz Natura Siberica - delikatny peeling do twarzy. Jak tylko go wykończę to dam Wam znać jak się spisywał <<

A Wy miałyście "przyjemność" obcować z peelingiem od Nacomi?
A może Wy należycie do tego grona, które uwielbia mega zdzieraki?
Dajcie znać koniecznie :)
Pozdrawiam!

października 14, 2018

Too Faced - Sweet Peach Palette

Too Faced - Sweet Peach Palette
Cześć!

Dziś post o mojej chyba ulubionej palecie od Too Faced, a mianowicie Sweet Peach (215zł)! Uwielbiam jak te kolory wyglądają na powiece, jak się rozcierają i łączą ze sobą, a najbardziej lubię to jak moje oko dzięki nim wygląda :) Typowo ciepła, różano-brzoskwiniowa kolorystyka podbiła na długo moje serce. Po przeczytaniu posta i Wy zapragniecie ją mieć :)


Paletę kupiłam pod koniec stycznia 2017 roku, więc jest u mnie już prawie dwa lata. Była prezentem na nadchodzące walentynki od męża :)  Nie wybrzydzam, jeśli jesteśmy przypadkiem w galerii handlowej i mąż ma gest to korzystam! A Wy byście nie korzystały? :)


Paleta przychodzi do nas w kartonowym opakowaniu, które jest tak samo uroczę jak sama paletka. Kolorystyka różowa i brzoskwiniowa, wszystkie grafiki, zapach robią robotę - widać, że speców od marketingu mają zacnych :)
Opakowanie w którym znajduje się 18 cieni tej samej wielkości jest metalowe, zamykane na magnes. Wewnątrz dostajemy średniej wielkości lusterko, które nie potrzebnie zasłonięte jest dodatkowo grafika z nazwą palety - po co? Przy każdym otwarciu opakowania nasze nozdrza uderza - jednak trochę sztuczny zapach brzoskwini, aż tak mi osobiście nie przeszkadza, ale obeszłabym się bez niego.
Same cienie są średniej wielkości, jak dla mnie w sam raz. Znajdziemy tu 6 matów, 3 maty z błyszczącymi drobinkami, które przy aplikacji znikają oraz 9 perłowych odcieni. Konsystencja cieni jest bardzo sucha pod palcem, nie zależnie od wykończenia i niestety pylą się pod pędzlem.


  • Peaches'n Cream - matowy beż, jednak w średnim odcieniu, dla mnie osobiście za ciemny na całą nieruchomą powiekę, jednak dla ludzi nie trupio białych będzie idealny
  • Nectar - przepiękny, złocisty cień, lekko perłowy
  • White Peach - idealny kolor matowego beżu, uwielbiam idealny dla takich bladziochów jak ja

  • Georgia - to piękny matowy, brzoskwiniowo-różowy kolor
  • Cobbler - średnio ciemny, błyszczący, ciepły brąz. Idealny na całą powiekę, lekko mienią się w nim tony rudę i różowe
  • Luscious - jaśniutki rosegold, cudnie odbija światło

  • Caramelized - ciemniejszy, błyszczący brąz w odcieniu orzechów laskowych
  • Candied Peach - piekny, rudawo-brzoskwiniowy kolor. Matowy z różowymi iskierkami, które wytracają się podczas nakładania na powiekę i kompletnie ich nie widać
  • Just Peachy - duochrom, barbi różowy opalizujący na złoty

  • Puree - to matowy, ciepły, średni brąz
  • Bellini - niesamowity, jeden z moich ulubionych. Kolejny duochrom, tym razem różany ciepły odcień opalizujący na złoto
  • Bless Her Heart - cudna zieleń, błyszcząca w kolorze wojskowych mundurów z lekką nutką złota

  • Summer Yum - to cieplutki, średni, matowy brąz z dużą domieszką cegły
  • Peach Pit - aksamitny, błyszczący, ciemny brąz z bordowym podtonem
  • Tempting - niby czarny, ale widać w nim złote iskierki, które potem znikają na powiece

  • Talk Derby To Me - matowy, fioletowy granat z milionem różowych i fioletowych drobinek, niestety przy rozcieraniu kolor szarzeje, a drobinki znikają
  • Delectable - przepiękna, matowa bordo śliwka
  • Charmed, I'm Sure - matowy, chłodny, średni brąz
Poniżej mam dla Was makijaż przy użyciu tej paletki. Starałam się wykorzystać jak najwięcej cieni i wyszedł taki mocniejszy dzieńniak :)



W makijażu wykorzystałam 8 cieni. W większej części użyłam jednych z ulubionych z całej palety :) Cienie nakładane są na tą samą bazę co zwykle - jest już praktycznie na wykończeniu, muszę pomyśleć o nowej - polecicie jakąś?

1. Na całą górną i dolną powiekę nałożyłam bazę pod cienie Golden Rose Eyeshadow Primer, a następnie po chwili całą ruchomą i nie ruchomą powiekę górną ujednoliciłam matowym, beżowym cieniem White Peach
2. Następnie nakreśliłam lekko załamanie powieki kolorkiem Georgia
3. Począwszy od wewnętrznego kącika górnej powieki nałożyłam 4 błyszczące cienie, pierwszy to złoty Nectar, następnie mój ulubieniec Bellini, potem bordowawo-brązowy Peach Pit, a na sam koniec ciemny, śliwkowy Delectable
4. Wszystkie te cienie w załamaniu roztarłam jeszcze raz pędzelkiem z kolorem Georgia
5. Następnie dolną powiekę wycieniowałam trzema cieniami z palety
6. Na pierwszy ogień od wewnętrznego kącika poszedł rudawo-brzoskwiniowy odcień Candied Peach, który podbił kolor mojej tęczówki
7. Na środek dolnej powieki powędrowała cudna zieleń Bless Her Heart
8. Natomiast dony zewnętrzny kącik przyciemniłam fioletem, który już wcześniej wylądował na górnej powiece, czyli Delectable
9. Na dolną linię wodną nałożyłam beżową kredkę Kryolan Kajal w odcieniu Cream
10. Rzęsy dwukrotnie wytuszowałam maskarą Bourjois Volume Reveal Mascara Radiant Black



Czy polecam? Taaak! Nie będę ściemniać, to jedna z moich ulubionych palet, sięgam po nią zwyczajnie najczęściej, a palet mi nie brakuje :) Jakoś ostatnimi czasy lubuje się w takiej kolorystyce, mam może mylne przekonanie, że mi pasuje :) Same cienie super się rozcierają, te ciemniejsze trochę osypują, ale jestem w stanie to wybaczyć. Nie ma tu mowy o żadnych plamach czy prześwitach, świetnie płynnie przechodzą jeden w drugi. To jest chyba pierwsza paleta w której używam wszystkich cieni - serio! No dobra, może oprócz "Talk Derby To Me", bo on mnie rozczarowuje tym, że rozciera się w szarość. Oczywiście wiadomo, że jednych cieni używam częściej niż drugich. Ta paleta ma coś takiego w sobie, że jak masz ochotę to stworzysz nią mega makijaż z 10 kolorów, a jak się śpieszysz czy masz lenia to walniesz jeden błyszczący cień na całą powiekę i robota skończona :) Czego można więcej chcieć od palety? No może mniej sztucznego zapachu i niższej ceny, ale poza tym, dla mnie bomba!

Na koniec lista i zdjęcie wszystkich kosmetyków użytych do makijażu z posta:


TWARZ:
Baza z Golden Rose Luminous Finish; Podkład Laneige Snow BB Cream w kolorze nr 1 Shimmer Brightening; Korektor z L.A. Girl Pro Conceal – Porcelain; Golden Rose Longstay Matte Powder nr 01; NYX Powder Blush w kolorze nr11 Taupe; Rozświetlacz z Mysecret Face Illuminator - Sparkling Beige
OCZY:
Baza pod cienie Golden Rose Eyeshadow Primer; Kredka do oczu z Kryolan Kajal – Cream; Bourjois Volume Reveal Mascara Radiant Black; Paleta Too Faced - Sweet Peach Palette (cień White Peach, Georgia, Nectar, Bellini, Peach Pit, Delectable, Candied Peach, Bless Her Heart)
BRWI:
Kredka do brwi Smart Girls Get More Eyebrow Pencil w kolorze Blonde nr 10; Żel do brwi z Sleek Brow Perfector – Clear
USTA:
Bourjois Rouge Edition Velvet w kolorze Don't pink of it nr 10

Jak Wasze wrażenia jeśli chodzi o palety Too Faced? Macie może tą brzoskwinkę?
Ściskam Was mocno!

Copyright © 2016 M&M - Mouse and Makeup , Blogger