czerwca 16, 2018

Make Me Bio - krem pod oczy z Witaminą E - czerwiec 2018

Make Me Bio - krem pod oczy z Witaminą E - czerwiec 2018
Hej,

Mam dziś dla Was kolejną recenzję kremu pod oczy, który właśnie wykończyłam :) Mowa o firmie Make Me Bio i ich kremie pod oczy z Witaminą E (39zł). To już zaczyna być moją tradycją, ale wspomnę i teraz, że nie ma dobrego makijażu bez dobrej pielęgnacj!

Make Me Bio Bio krem pod oczy z Witaminą E

Krem zakupiłam pod koniec roku 2017 w listopadzie i od razu zaczęłam go stosować. Kupiłam go na stronie Cocolity. Skończył mi się jakoś w kwietniu tego roku, więc jest dość wydajny. Stosowałam go na początku rano i wieczorem, a następnie tylko na noc - czemu? Dowiedzie się czytając dalej :) Wystarczył mi na ponad 5 miesięcy.

Kilka szybkich faktów:
  • Pojemność 15ml
  • Ważność 12 miesięcy bez otwierania lub 6 miesięcy od momentu otwarcia
  • Cena ok. 40zł
  • Skład: Aqua (woda), Butyrospermum Parkii * (Masło shea)*, Prunus Amygdalus Dulcis* (Olej ze słodkich migdałów)*, Macadamia Ternifolia nut oil* (Makadamia*), Tocopherol (Wtamia E), Cetearyl Glucoside, Cucumis sativus Extract (Ekstrakt z ogórka), Cetyl Alcohol, Xanthan Gum, Benzyl Alcohol, Dehydroacetic Acid, Rosa Damascena Flower Oil (Olej różany), Benzyl Cinnamate**, Citral**, Citronellol**, Eugenol**, Geraniol**, Linalool**. *z ekologicznych upraw **naturalnie występujący w olejkach eterycznych.
Make Me Bio Bio krem pod oczy z Witaminą E

Krem dostajemy bez pudełeczka, jednak z dołączoną ulotką, która jest przyczepiona na sznureczku. Pojemnik jest leciutki, wykonany z plastiku i ma mój ulubiony rodzaj pompki - typu airless, dzięki której nic się nie marnuje, a produkt przy każdej aplikacji wypychany jest z pojemniczka, aż nie zostanie w nim kompletnie nic :) Minusem jest jednak to, że nie widzimy na bieżąco ile kremu zostało już zużyte - możemy to jedynie obserwować przez coraz lżejsze opakowanie.

Produkt ma średnio gęstą konsystencję, ale nie lejącą. Kolor jest biały z domieszką bardzo jasnego beżu. Staje się bardziej wodnisty i przeźroczysty podczas wmasowywania go w skórę pod oczami. Wchłania się po kilku minutach, pozostawiając lepki film na skórze.

Zapach jest bardzo miły, nie nachalny. Nie mam pojęcia co tak pachnie, jest to bardziej perfumowy zapach niż jakiś owoców czy roślin :) szkoda że to nie ogórek - którego zapach uwielbiam, a jest też w składzie kremu.

Skóra po nim jest lekko tłusta, po jakimś czasie lepki film znika, jednak nie jest to po kilku  minutach, raczej godzinach i cały czas skóra pod oczami się świeci - nawet gdy kremu już na niej dawno nie ma.

Make Me Bio Bio krem pod oczy z Witaminą E

Obietnice producenta:
"BIO krem pod oczy z witaminą E i ekstraktem z ogórka, zapewnia delikatnej skórze wokół oczu optymalną i kompleksową pielęgnację. Nawilża, tonizuje, ujędrnia i wygładza. Napina skórę, zmniejsza widoczność zmarszczek i zapobiega powstawaniu nowych. W składzie kremu zawarto między innymi masło shea, które chroni skórę przed działaniem czynników zewnętrznych i utratą wilgoci. Witamina E działa przeciwzapalnie, wspomaga odbudowę naskórka, chroni skórę pod oczami przed wysuszeniem i wzmacnia jej elastyczność. Ekstrakt z ogórka jest cennym dla skóry źródłem witaminy C, która działa antyoksydacyjnie i delikatnie rozjaśnia skórę. Olej ze słodkich migdałów i olej makadamia odżywiają skórę, nawilżają ją i wygładzają. Krem może być stosowany do pielęgnacji każdego rodzaju skóry, niezależnie od wieku."

Co ja na to?
  1. Zgodzę się z tym, że nawilża i wygładza, bo po kilku tygodniach, rzeczywiście skóra pod oczami jest gładziutka i miękka
  2. Ujędrnienie, też jest widoczne, ale nie od razu tylko po dłuższym stosowaniu. Skóra jest przyjemnie napięta, ale nie ściągnięta.
  3. Nie zauwazyłam, żeby jakkolwiek zmniejszał widoczność zmarszczek, a i nowych kilka mi przybyło :(
  4. Nie zauważyła niestety rozjaśnienia skóry - jedynie świecący, tłusty film na skórze, a szkoda, bo czasem po kilku zarwanych nocach by się przydało.
  5. Co do informacji, że jest dla każdego wieku - nie zgadzam się. Myślę, że osoby po czterdziestce, oczekują czegoś więcej od kremu pod oczy - to jest zwykły średniak.
Czy kupie ponownie? Nie.

Już spieszę donieść skąd  takie stwierdzenie. O ile krem, rzeczywiście fajnie nawilża i natłuszcza skórę pod oczami, to nadaje się tylko na noc. Pod makijaż to totalna porażka! Roluje się i waży każdy korektor i podkład, który nałożymy na okolice gdzie był krem wsmarowany. Niestety nawet po odczekaniu godziny, rezultat jest ten sam :(

Ten tłusty film na skórze niestety, bardzo powoli znika i jest to denerwujące, bo wszystkie włosy i paprochy lepiły mi się do niego.

Kupiłam go dla bardzo naturalnego i chwalonego składu, oraz dla działania przeciwzmarszczkowego. Niestety dla mnie to nieporozumienie, kiedy krem, który ma niwelować oznaki starzenia, robi kompletnie nic w tej kwestii :(

Myślę, że może on się sprawdzić osoba młodym, przed dwudziestką, które nie mają wysokich wymagać co do niwelowania zmarszczek. Także będzie dobry dla osób, które nie używają korektora pod oczy, bo ryzyko jego zważenia jest więcej niż pewne :(

Make Me Bio Bio krem pod oczy z Witaminą E

>> Następcą pod oczy został teraz koncentrat firmy Biały Jeleń Dermo Natura. Jak tylko go zużyje to wpadnę Wam o nim opowiedzieć <<

Miałyście do czynienia z kremami firmy Make Me Bio? Jakie są wasze wrażenia? 
Ściskam Was mocno!

czerwca 03, 2018

Popłynęłam ~13~

Popłynęłam ~13~
Hej,

Jak Wam minął dzień dziecka? Obchodzicie go? :) Ja wtedy robię sobie "jeden" prezent,  ten z piątkowego zakupu pojawi się w kolejnym poście zakupowym na początku lipca, bo został kupiony już w czerwcu. Ma dziś dla Was kilka moich zachcianek majowych - powoli dochodzi do mnie, że zaczynam się uzależniać od makijażowych zakupów!



Jak już zdążyłyście pewnie zauważyć po zdjęciach, zróżnicowanie nie jest sporę, ale jakie przy tym kolorowe :)



Zacznę od pierwszego kolorowego "ptaka" majowych zakupów, którym jest nowa paletka Nabli - Soul Blooming Eyeshadow Palette (159zł). Musze przyznać, że profil Nabli na Instagramie umie budować napięcie, miałam na nią coraz większą ochotę z każdym publikowanym przez nich zdjęciem! Opakowanie jest bardzo wiosenne, a kolory w środku - bajka! W większości chłodne, o wykończeniu matowym i błyszczącym. Ilość cieni i wielkość palety podobna jak w poprzedniej ich palecie, którą nawiasem mówiąc też zamierzam dorwać :)



Z nową paletą, Nabla wypuściła też cudne 4 eyelinery, kolory przepiękne! Dlatego skusiłam się także na 2 z nich. Nabla Dazzle Liner - Metallic Liquid Eyeliner w kolorze Current Eden oraz Original Sin (44,90zł).  Pierwszy ma niesamowity kolor, powiedziałabym, że duochrom, ale widać tam więcej kolorów niż dwa :) Fiolet, niebieski, róż a czasem i nawet zieleń i srebro? Bardzo przypomina mi kolor Alchemy z Nabli jak patrzyłam po sieci. Drugi kolorek jest już bardziej do zdefiniowania. Jakby zardzewiałam truskawka ze złotymi refleksami - hahaha to się nazywa perfekcyjny opis koloru :) Zasychają błyskawicznie i są nie do ruszenia.



Teraz pora na pomadki. Pierwszy zestaw to dwa kolorki marki Bobbi Brown (129zł). Dawno chciałam sprawdzić czy tak wysoka cena jest uzasadniona, ale żal mi było kasy - powiem szczerze :( Jedna pomadka to prawie paleta cieni. Jak tylko pojawiła się w Douglas promocja 20% postanowiłam, że w końcu się skuszę :)


Pierwszy kolorek to Lilac - to ciemniejszy odcień różu z domieszką fioletu. Bardzo chłodny. Drugi kolorek to jasny, ciepły i różany odcień o nazwie Baby - bardzo dziewczęcy kolor. Pomadki są kremowe i mam wrażenie, że pachną kminkiem :) Drugi kolorek jest dużo mniej kryjący niż pierwszy. Jeszcze ich nie nosiłam cały dzień, ale oprócz pięknych kolorów i bardzo ciężkiego opakowanie nie mam pojęcia za co taką kwotę każą płacić?



Następną pomadkę bardzo chciałam od dłuższego czasu do swojej kolekcji. Mowa o The Balm Meet Matte(e) Hughes w kolorze Sentimental (57,90zł). Uwielbiam pomadki płynne z tej serii. Choć ten miętowy zapach jest specyficzny i nie każdemu może przypaść do gustu :) Na zdjęciach w necie ten kolor przedstawiany jest jako fuksja, a w rzeczywistości jest to odważny róż z dodatkiem maliny.




Kolejne dwie pomadki są marki Nabla - teraz dopiero się skapnęłam, że dużo tej Nabli kupiłam w poprzednim miesiącu, wychodzi na to, że Maj to u mnie miesiąc z Nablą :) Wracając jednak do pomadek. Pierwsza z nich jest matowa w płynie, natomiast druga już tradycyjna.


Dreamy Matte w kolorze Grande Amore (59,90zł) ma odcień zupełnie nie taki na jaki liczyłam - jestem mega zawiedziona :( Myślałam że ten kolor to będzie piękna i intensywna czerwień, a tu dostałam ceglany odcieniem i domieszką różu. Jak zaczęłam przegadać internety i okazało się, że zamówiłam nie ten kolor - chodziło mi o odcień Rumors :) Ech, sama sobie jestem winna :) Kolejna pomadka w dalszym ciągu po stronie matowej - Diva Crime Modern Matte Lipstick w kolorze Boheme (54,90zł). W opakowaniu wygląda jak niewinny jasny róż, jednak jest to bardzo chłodny, trochę trupi, szarawy róż z domieszką fioletu, wręcz wyblakły. Ma bardzo mocne krycie.



Na sam koniec zostawiłam sobie kolorowego "ptaka" numer dwa, czyli Huda Beauty Rose Gold Remastered Palette (46,67gbp ok. 236zł) zakupiona w moim ulubionym zagranicznym sklepie CultBeauty. Chciałam ją mieć od samego początku kiedy się pojawiła, jednak cena mnie przerażała w Sephorze. Kiedy pogodziłam się z ceną to już tej paletki nie było, a w internetowych polskich drogeriach oferowano ją za kwotę w okolicy 360zł (!!!), dałam za wygraną. Kiedy pojawiła się w sieci informacja o tym, że paleta wróci w ulepszonej wersji i do tego na CultBeauty mają akurat promocje 20% na wszystkie palety - wiedziałam, że to znak :) Nie będę ściemniać - jest przepiękna! Połowa cieni jest matowa, druga połowa błyszcząca, a cała kolorystyka utrzymana w ciepłej różowo - czerwonej kolorystyce. Recenzja pojawi się na bank na blogu, ale dopiero bo dłuższym używaniu :)


A u Was jak zakupy makijażowe? Zaszalałyście?
Pozdrawiam ciepło!

maja 27, 2018

Urban Decay - Naked Ultimate Basics

Urban Decay - Naked Ultimate Basics
Hej!

Przychodzę dziś do Was z recenzją palety na którą przed zakupem czaiłam się kilka miesięcy. W końcu dorwałam ja na promce w Sephora zachęcona tonami pochlebnych recenzji w sieci. Mowa o palecie Urban Decay Naked Ultimate Basics (169zł) - czy polubiłam się z ta paletą i polecam?


Cienie dostajemy w przepięknej palecie w odcieniach złota, brązu i szarości z grubego plastiku, a dodatkowo jest ona zapakowana w kartonowe opakowanie - równie piękne, na którym dizajnersko przedstawione są wszystkie kolory jakie znajdziemy w środku oraz informację, że paleta zawiera same maty.


Wewnątrz opakowania znajdziemy zestawienie 12 pięknych, matowych cieni w wypraskach w formie cienkich prostokątów jak w innych paletach tej firmy z serii Naked. Dodatkowo duże lusterko i pędzelek.


  • Commando - bardzo jasny brąz, a może ciemny beż, jednak idealny w załamanie
  • Nudie - bezowy odcień jednak dla mnie za ciemny na całą powiekę, na bank będzie dobry dla osób z ciemniejszą niż ja karnacją
  • Blow -byłby idealnym jasnym beżem, gdyby nie fakt, że to nie jest mat


  • Faith - ciepły odcień średniego brązu, przypomina kolor orzecha laskowego
  • Extra Bitter - piękny wiewiórkowy, rudy kolor
  • Pre-Game - bardzo jasny, żółciutki odcień


  • Lethal - trochę jakby ciemny burak w połączeniu z brązem, bardzo piękny kolor jednak przy rozcieraniu kolor blednie i robi się bardziej brązowy
  • Instinct - piękny i jasny, pastelowy fiolet
  • Tempted - ciężki do opisania odcień, wygląda trochę jak jasny, neutralny kolor brązu z domieszką szarości i do tego lekko wypłowiały


  • Blackjack - piękny czarny kolor, jednak pigmentacja nie jest porażająca
  • Magnet - cudny, szaro-grafitowy odcień
  • Lockout - średni kolor, raczej ciepłego brązu
Cienie jak dla mnie mają bardzo podobną pigmentacje. Nie są jakoś szałowo napigmentowane, ale ich intensywność można spokojnie, powoli budować. Niestety się osypują, więc radzę wykonywać Wam makijaż oka przed makijażem twarzy, aby unikną efektu pandy i podbitego oka ;)

Przygotowałam dla Was jak zwykle, makijaż wykonany w pełni recenzowaną paletą. Miał być spotlight, ale ostatecznie wewnętrzny kącik zostawiłam dużo jaśniejszy niż zewnętrzny.



Makijaż jest totalnie matowy, a przez rozświetlenie środka powieki wygląda jakby się błyszczał :) Wykorzystałam tutaj 5 cieni z palety. Wyszło troszkę ciemno, ale beżowa kredka pomogła troszkę rozjaśnić spojrzenie.

1. Jako bazy użyłam Golden Rose Eyeshadow Primer i całe powieki przypudrowałam także produktem od Golden Rose - Longstay Matte Powder nr 01
2. Potem dość wysoko zaznaczyłam załamie powieki  kolorem Faith, a następnie w kąciku  zewnętrzny, wewnętrzny oraz nieco niżej w załamaniu powieki naniosłam kolor Instinct
3. Kącik zewnętrzny zarówno na górze jak i na dole przyciemniłam odcieniem Lethal
4. Kącik wewnętrzny na górnej powiece przyciemniłam brązem Lockout
5. Aby rozświetlić obie powieki zastosowałam jedyny nie matowy cień, czyli Blow na środek górnej powieki oraz na wewnętrzny kącik dolnej
6. Na koniec górną linie wodą przycieniłam kredką z Kryolan Kajal w kolorze Brown, a dolną w kolorze Cream, aby otworzyć bardziej oko




Czy polecam? Po głębszym zastanowieniu - Nie. Chyba inaczej wyobrażałam sobie tą paletę i moje wyobrażenia przerosły to co otrzymałam po zakupie. Po pierwsze to wcale nie są maty! To satyna, a czasem pod światło widać nawet jakieś mikro świecące drobinki - które najlepiej są widoczne przy najciemniejszych kolorach. Nie będę się czepiać pigmentacji, bo to nie jest najważniejsze - dla mnie najważniejsze jest to jak kolor się rozciera i czy można go budować. Tak - praca z nimi jest przyjemna, pięknie się rozcierają, jednak ten osyp... zawiedziona jestem też kolorystyką, bo choć odcienie różnią się od siebie, to te różnice są naprawdę niewielkie, a na oku praktycznie znikają. Beże i brązy są strasznie do siebie podobne - jak dla mnie można było tą paletę zamknąć w liczbie cieni 8 lub 9, a nie silić się na 12 zlewających się ze sobą kolorów. Na koniec doczepie się opakowania, bo choć wyglądowo zachwyca, to taka forma wkładów do cieni jest mega niewygodna... no chyba, że zawsze robicie makijaż samymi małymi, kulkowymi pędzlami, ja jednak preferuje kwadratowe lub owalne formy cieni :) Ogólnie sama jestem sobie winna, bo zamiast najpierw ją obejrzeć z bliska i zmacać w sklepie to ja nabuzowana internetami bez zastanowienia brałam w ciemno.

Na koniec lista i zdjęcie wszystkich kosmetyków użytych do tego makijażu:


TWARZ: Baza z Golden Rose Luminous Finish; Laneige Snow BB Cream w kolorze nr 1 Shimmer Brightening; Korektor z L.A. Girl Pro Conceal – Porcelain; Golden Rose Longstay Matte Powder nr 01; Bronzer z Kobo nr 308 Sahara Sand; Rozświetlacz z Mysecret Face Illuminator - Sparkling Beige
OCZY: Baza pod cienie Golden Rose Eyeshadow Primer; Paleta Urban Decay - Naked Ultimate Basics (); Kredka do oczu z Kryolan Kajal – Cream i Brown; Bourjois Volume Reveal Mascara Radiant Black
BRWI: Kredka do brwi Smart Girls Get More Eyebrow Pencil w kolorze Blonde nr 10; Żel do brwi z Sleek Brow Perfector – Clear
USTA: Loreal Colour Riche Extraordinaire Lip Gloss nr 500 Molto Mauve


A Wy macie tą paletkę? Jak Wam się sprawdza? Może macie inne palety z serii Naked?
Ściskam mocno!

maja 19, 2018

It's Skin - Mangowhite peeling gel

It's Skin - Mangowhite peeling gel
Hej,

Czy znalazłyście już kosmetyk idealny? Czy wierzycie w jego istnienie? Ja nie, jednak jedyne co mogę stwierdzić na pewno, że nigdy nie miałam lepszego peelingu niż  Mangowhite peeling gel od It's Skin (49zł).


Ja wiem, że nigdy nie zaczynam recenzowanej pielęgnacji od takiego oświadczenia, ale no muszę, muszę bo się uduszę! Moja skóra na twarzy jest tak delikatna i wybredna, że nic kompletnie jeśli chodzi o peelingi się nie sprawdza - wszystko podrażnia, aż tu naglę taki Gral :)

Peeling kupiłam w marcu 2017 TUTAJ i jego resztki wyskrobałam jeszcze w Październiku - bite 7 miesięcy używania dwa razy w tygodniu za 50zł - dla mnie deal życia :) Na jedno użycie nie nakłada się dużo, bo i dużo nie trzeba żeby zrobił swoje.

Kilka szybkich faktów:
  • Pojemność 120ml
  • Ważność 12 miesięcy od otwarcia
  • Cena ok. 50zł
  • Skład: Water, Butylene Glycol, Cellulose, Alcohol, Garcinia Mangostana Peel Extract, Triethanolamine, Carbomer, Panthenol, Methylparaben, Carica Papaya (Papaya) Fruit Extract, Peg-40 Hydrogenated Castor Oil, Ppg-26-Buteth-26, Fragrance, Pyrus Malus (Apple) Fruit Water, Zea Mays (Corn) Starch, Polyethylene, Lactose, Lavandula Angustifolia (Lavender) Flower Extract, Ocimum Basilicum (Basil) Flower/Leaf Extract, Rosmarinus Officinalis (Rosemary) Leaf Extract, Foeniculum Vulgare (Fennel) Fruit Extract, Disodium Edta, Houttuynia Cordata Extract, Chamomilla Recutita (Matricaria) Flower Extract, Althaea Officinalis Leaf/Root Extract, Butyrospermum Parkii (Shea Butter), Copernicia Cerifera (Carnauba) Wax, Iron Oxides (Ci 77491), Macadamia Ternifolia Seed Oil, Iron Oxides (Ci 77492), Iron Oxides (Ci 77499), Squalane, Tocopheryl Acetate, Hydroxypropylcellulose, Red 33 (Ci 17200) 


Peeling przychodzi do nas w plastikowej tubie, bardzo giętkiej, a jej boki są przeźroczyste - więc możemy monitorować ubytek produktu. Opakowanie jest bardzo poręczne, jednak wszystkie niezbędne informację są po koreańsku, wiec ratuje nas tutaj jedynie strona sklepu.

Dozowanie jest bardzo przyjemne, produkt się nie rozlewa i zawsze możemy wydostać idealną ilość jaką potrzebujemy.

Ciekawostką jest to, że jest to peeling nakładany na sucho :) pierwszy raz spotkałam się z czymś takim, zazwyczaj produkty tego rodzaju nakłada się na zwilżoną twarz, a tu takie zaskoczenie!

Dość o opakowaniu! Sam peeling ma lekko różowy kolor - bardziej to blady, pudrowy róż niż soczysta landrynka :) Konsystencja jest idealna, nie za gęsta i nie za bardzo lejąca. Nie spływa z ręki, ale bardzo dobrze się rozprowadza. Jest pełna jakby małych, czerwonek kropeczek które wyglądają jak małe nasionka. Pod palcem jednak rozpływają się jak masło.

Zapach, z którym do tej pory jeszcze się nie spotkałam - bardzo przyjemny, nie nachalny - jakby owocowy i kwiatowy jednocześnie :) Bardzo szybko po nałożeniu peelingu się ulatnia.

Skóra po masażu takim produktem jest jak odnowiona, promienna, gładziutka i bardzo miękka.


Obietnice producenta:
"Dzięki innowacyjnej formule peeling delikatnie, ale niezwykle skutecznie oczyszcza skórę, usuwając martwy naskórek oraz nadmiar sebum bez powodowania podrażnień. Przywraca skórze zdrowy koloryt i wygładza jej strukturę. Po zastosowaniu skóra jest czysta, świeża, promienna i aksamitna w dotyku. Odpowiedni dla każdego rodzaju skóry. Dodatkowo, wyciąg z owoców mangostanu ma znakomite działanie przeciwzapalne oraz łagodzące."

Co ja na to?
  1. Dokładnie tak jest, proces usuwania starego naskórka jest najdelikatniejszy na świecie, nie wyobrażam sobie, że można to zrobić jeszcze delikatniej. Skóra nie jest potem zaróżowiona czy też ściągnięta. 
  2. Wygładzenie jest w prost oszałamiające, jakby ktoś jednym ruchem ręki ściągną Wam z twarzy warstwę wszelkich oznak przesuszenia i zostawił nową świeżutką skórę która czaiła się tuż pod powierzchnią.
  3. Jeśli ktoś się kiedyś zastanawiał czy skóra może być delikatna jak aksamit - może :) Po przemyciu twarzy wodą skóra jest młodsza i promienna.
  4. Jeśli mam być szczera to moja skóra nigdy nie była taka ładna jak w okresie kiedy używałam tego peelingu, jej spadek formy i powitanie sporadycznych nieprzyjaciół zaczął się kilka tygodni po odstawieniu tego cuda :(
Czy kupie ponownie? TAK, TAK i jeszcze raz TAK!

Serio czy ktoś po takiej recenzji mógł się spodziewać innej odpowiedzi? : Kochane, ja nie wiem jak to jest możliwe, że jego zapas nie jest jeszcze wszędzie wykupiony?! Najlepszy produkt ever! Sam proces nakładania peelingu i masażu jest niesamowity - tak jakby ten żel szedł sobie po naszej twarzy i jak kwiatki zrywał każdą suchą skórkę - niesamowite. Nie znalazłam żadnej wady tego produktu - no może mógłby być tańszy :)


>> Następcą peelingowy będzie teraz Nacomi Face Scrub - peeling do twarzy wygładzający. Jak tylko go wykończę to dostanie także swoją recenzję <<

A Wy miałyście przyjemność obcować z którymś z tych peelingów? A może uwielbiacie jakiś inny?
Dajcie znać koniecznie jakie polecacie :)
Pozdrawiam!

maja 12, 2018

Fioletowa historia

Fioletowa historia
Hej,

Dawno nie było żadnego posta o pazurach. Pozwólcie, że właśnie ten taki będzie :) Po tytule możenie już wnioskować, że post opanuje kolor fioletowy :) Pantone wybrał fiolet kolorem roku - nie może on mi wyjść z głowy.


W dzisiejszym poście główne skrzypce grają wspomniane wcześniej fiolety. Będzie to kolaboracja dwóch firm :) Semilac w kolorze Lila Story nr 145 oraz Provocater Purple Euphoria nr 92. Do tych dwóch przystojniaków dołączą także białe naklejki wodne, ale to już w dalszej części posta :)


Lila Story nr 145 - to cudny odcień, jasny lawendowy kolorek, wręcz pastelowy, ale przy tym ma bardzo dobre krycie. Jako rodzynek powędrował na palec wskazujący obu dłoni.


Purple Euphoria nr 92 - to ciemny i bardzo intensywny fiolet o cudnej soczystej i chłodnej barwie. Jak to u wszystkich lakierów firmy Provocater bywa, ma on mega gęstą konsystencje i już przy pierwszej warstwie daje 100% krycia. Te odcień powędrował na wszystkie pozostałe palce :)



Całość mani dopełniły naklejki wodne, kupione na Allegro :) Naniosłam je na palec środkowy i serdeczny, co by przełamać bielą tą fioletową inwazję koloru!

Mani trzymał mi się jednak zaskakująco krótko, bo 8 albo 9 dni :( Najpierw zaczęły odchodzić naklejki przy brzegach paznokci, musiałam je źle zabezpieczyć topem. Następnie przy wolnych brzegach przy palcu wskazującym i środkowym zaczął odchodzić mi od paznokci cały lakier. Ściągnęłam te dwie hybrydy i nałożyłam ponownie, jednak akcja niestety się powtórzyła.  Podejrzewam, że to wina kombinacji bazy oraz topa z Smilaca i lakierów Provocater - może się nie lubią :(



A u Was co teraz króluje na pazurach? Coś wiosennego, letniego?
Pozdrawiam Was gorąco!

maja 05, 2018

Popłynęłam ~12~

Popłynęłam ~12~
Hej!

Skoro nowy miesiąc to i nowe zdobycze makijażowe :) Jak zwykle będą pomadki, bo tego u mnie nigdy nie dosyć, ale wyjątkowo pojawią się też dwa podkłady :) Jeśli jesteście zainteresowani to zapraszam do czytania!



Jak widzicie przekrój produktów dość spory, zarówno jeśli chodzi o markę jak i rodzaj kosmetyku. Dodatkowo do zestawienia trafiła paleta GlamBOX edycja V "Blask i cienie" (199zł), którą kupiłam już bardzo dawno, ale gdzieś mi się zapodziała w moich zbiorach i dlatego wcześniej nie trafiła na bloga :(



Zacznę właśnie od wspomnianej palety. Jak pisałam wyżej, kupiłam ją wcześnie, chyba w grudniu jeszcze - a potem nie używając odłożyłam do zakupowych zdjęć i przepadła :) Kompletnie o niej zapomniałam. Paleta jest dużo większa niż poprzednie edycje GlamBOX. Znajdziemy w niej także podwójną ilość cieni w porównaniu do innych palet Hani. Wyjątkowe są tutaj także 4 cienie które są pigmentami zatopionymi w specjalnej lepkiej bazie, aby idealnie przenosić się na powiekę. Niestety paleta jak wszystkie w Glamshop jest limitowanką i już dawno nie można jej dostać - rozeszła się jak świeże bułeczki :)



Pierwszy raz mam dla Was w zakupowych zdobyczach podkład, wcześniej pojawiły się jedynie TUTAJ próbki podkładów. Powód jest banalny, nie chce ich otwierać do zdjęć, póki mam jeszcze sporo otwartych innych. Tym razem jest inaczej, bo pozostałe podkłady już pokończyłam lub mam na wykończeniu :) Pierwszy produkt o którym chciałam Wam napisać jest Deborah Milano Formula Pura w kolorze najjaśniejszym czyli 00 Ivory (48,39zł). No i nie uwierzycie, ale jest dla mnie sporo za ciemny :( Po mojej dłoni można to łatwo zauważyć. Rozjaśniam go Pro Foundation Mixerem z NYX. Bardzo ładnie wygląda na twarzy, nie trzeba go przypudrowywać bo ma już pudrowe wykończenie po chwili od nałożenia na twarz. Ma raczej gęstą formułę, ja nakładam go syntetycznym pędzlem, a potem doklepuje gąbeczką. Największym jego plusem jest zapach... ach ten zapach... jak najsmaczniejsze maślane ciasteczko :) Pachnie cudnie, aż by się chciało sprawdzić czy tak samo smakuje :)



Następnym podkładem, a raczej BB kremem jest wychwalany wszędzie Missha Perfect Cover BB Cream SPF42 w kolorze nr 13 Bright Beige (54,29zł). Ja kupiłam go z dwóch powodów, po pierwsze dla tego że uwielbiam BB kremy i tego znajdziecie u mnie najwięcej, rzadko kupuje stricte podkłady. Po drugie po przeczytaniu tylu recenzji i obejrzeniu tylu filmów - ten krem nie mógł być zły - ech...
Nie twierdzę, że jest mega zły, po prostu nie dla mnie. Zacznę od koloru, wybrałam najjaśniejszy, który niestety wpada trochę w różowe tony, co przy mojej bladoróżowej karnacji nie jest najlepszym połączeniem :( Ma bardzo ładny kremowy zapach, opakowanie jest bardzo poręczne, a sam krem bardzo dobrze nanosi się na twarz - ja to robię gąbeczką. No i tyle z plusów. Niestety nawet mocno przypudrowany już po 4h włazi w każde załamanie skóry, do tego nie ma kompletnie krycia, lekko ale z podkreśleniem słowa LEKKO wyrównuje koloryt skóry, więc jeśli któraś z Was ma idealną cerę bez przebarwień to proszę bardzo :) Ja wiem, że to jest BB krem i nie powinnam oczekiwać tu żadnego krycia, no ale zlitujcie się, coś powinien robić :( Do tego gdzie on ma 50ml? No niby napisali na opakowaniu, że ma, ale jak chwycicie go do ręki to mam wrażenie że jest tego tam mniej niż 20ml, a opakowanie wydaje się w połowie puste :( Kompletnie nie rozumiem zachwytów nad tym produktem, jeśli go miałyście lub macie to dajcie znać - dla mnie mega rozczarowanie...


Następne 3 produkty kupiłam jakoś przypadkiem, były tanie a brakowało mi chyba do darmowej dostawy, więc wrzuciłam je w koszyk. Tu niestety też nie wypał.


Najpierw cień NYX Baked Shadow w kolorze Supernova BSH 19 (6,60zl). Na palcu jak i w opakowaniu ma przepiękny, błyszczący, szampański kolor - jednak na powiece gdzieś znika :( Może lepiej by wyglądał nałożony na jakąś bazę pod pigmenty, bo sam to mega rozczarowanie. Na powiece cały blask znika i wygląda jak zwykły beżowy cień i do tego średnio napigmentowany.


Jeśli chodzi o kredki NYX Infinite Shadow Stick w kolorze Almond ISS 05 oraz Silk ISS 04 (7,91zł) to tutaj także porażka, producent opisuje, że kredki te są wodoodporne i nie ścierają się i nie rolują - to chyba jakieś jaja, bo jest dokładnie odwrotnie. Nie zasychają nigdy, do tego rolują się cały czas, w jeden dzień poprawiałam powiekę chyba z 6 razy, a po powrocie do domu zmyłam od razu bo i tak prawie nic nie zostało. Pierwszy kolor Almond to taki szarawy, chłodny odcień brązu, natomiast Silk to dużo jaśniejszy złotawy beż. Wypróbuje je jeszcze jako bazę pod inne cienie, może tak się sprawdzą - nie wiem.



Teraz pora na 3 nowe pigmenty z Glamshop - GlamSHADOWS (14zł). Po pierwszym spotkaniu z tymi pigmentami byłam bardzo na tak, więc zamówiłam sobie kolejne :) Pierwszy kolor to Luna - mocno świetlisty cień, ma szarozieloną poświatę. Śnieżka w opakowaniu wygląda jak śnieg, na palcu jak kawałki sreberka, a roztarta daje efekt tysiąca iskierek w białym i srebrnym kolorze - przepięknie się błyszczy. Cukier puder w opakowaniu wygląda jak jasno i ciemno szary pyłek, a roztarty na dłoni daje roziskrzony efekt jak poprzedni, jednak tutaj miliony małych iskierek mają jasnoróżowy i jasnoniebieski kolor - przepięknie wygląda to pod światło.



Następny produkt myślałam, że będzie tym jedynym, wyczekiwanym i wyszukiwany. Nie jest źle jednak dalej to jeszcze nie to. Pisałam już o nim TUTAJ, kiedy zamówiłam sobie próbkę. Napisałam Wam wtedy że nie bieli - jednak bieli, a jak użyjemy go do bakingu to trzeba się mega nagimnastykować, żeby pozbyć się białych placków. Ecocera Transparenty puder ryżowy Fixer (16,63zł), bo o nim mowa, przychodzi w dużym opakowaniu i jak na 15gram to jest tam go strasznie dużo. Jednak co z tego jak przy pierwszym użyciu połowa wysypała mi się na ubranie i dywan :( Nie wiem czy to przy każdym opakowaniu tak jest - dajcie znać, ale u mnie to sitko jest za lekko wciśnięte lub po prostu niewymiarowe i się nie mieści, dlatego co chwila mi wyskakuje samo z pudełka. Użyłam pudru kilka razy, a prawie go już nie mam. Całe szczęście, że był nie drogi. Bardzo ładnie trzyma mat i nie waży się z żadnym podkładem czy kremem BB, a to duży plus :)


Pora na zakupy paznokciowe. Tym razem skromnie, bo tylko dwa produkty. Pierwszy to moja ukochana baza z Semilac - Lakier hybrydowy, budujący SemiHardi Milk (37zł). Zawsze nakładam go na zwykłą bazę, aby dodatkowo wzmocnić jeszcze płytkę paznokcia :)


Drugą rzeczą jest pyłek na paznokcie od Semilac, czyli Semilac Flash Galaxy Brown&Gold nr 667 (29zł). Niech Was nie zmyli nazwa, bo ten kolorek nie ma nic wspólnego z brązem czy złotem, ja tam doszukałam się mnóstwa zieleni, różu i miejscami fioletu :) Konsystencja jest bardzo lotna i delikatna, jakby potargane drobno, bardzo cienkie sreberko mieniące się różnymi kolorami.




Teraz pora na pomadki. Na początek dwa produkty od firmy Nabla. Pierwsza pomadka to niby specjalna edycja na Święta Bożego Narodzenia, która dalej jest w drogeriach internetowych, nawet po Wielkanocy. Druga to zestaw: konturówka i pomadka matowa w płynie - także wydane w Grudniu na Święta.


Kolory są śliczne i jakość tak samo dobra jak tych pomadek w kolekcji stałej. Pierwsza to Nabla Dreamy Matte w kolorze Noblesse Oblige (47,92zł) w raczej ciemnym kolorze. Odcień jest bordowo-różowy z domieszką szarości i brązu - przepiękny :) Drugi produkty to Nabla Dreamy Holiday Collection Dreamy Lip Kit w kolorze Closer (61,51zł). Ten kolor jest troszkę inny niż się spodziewałam, myślałam, że będzie to pastelowy, szarawy róż, jednak kolorkowi na moich ustach bardziej mu do beżowo-brązowego niż różowego, a szkoda :(


Na koniec trzy Maczki (68,80zł) kupione na promocji 20% :) uważam, że inaczej się ich nie opłaca kupować, szczególnie jeśli je lubicie tak jak ja i nigdy nie macie dość :)



Dwie z nich są o wykończeniu błyszczącym Creme Sheen. Pierwsza to Japanese Maple, czyli śliczni dzienny nudziak w beżowym odcieniu, a druga to Modesty, czyli brązowo-różowa i przydymiona, ostatnio strasznie lubię takie kolory - są nieoczywiste :) Ostatni kolorek to super soczysta różowa-czerwień All Fired Up w wykończeniu Retro Matte.

U mnie to tyle w temacie zakupów jeśli chodzi o poprzedni miesiąc, a u Was?
Pozdrawiam Was serdecznie!

PS. Zapraszam Was do rozdania które zrobiłam na moim Insta z okazji 1 roku bloga :)


Copyright © 2016 M&M - Mouse and Makeup , Blogger