lipca 16, 2018

Popłynęłam ~14~

Popłynęłam ~14~
Hej,

Uzależnienia ciąg dalszy :) Ostatnio w poście zakupowym pisałam Wam o prezencie ode mnie dla mnie, ciekawe czy zgadniecie co nim było na poniższych zdjęciach. Szczerze mówiąc to ostatni miesiące wyglądają jak jeden wielki dzień dziecka, który nie może się skończyć :) Czym ja sobie zasłużyłam na takie rozpieszczanie :) W tym poście pojawiają się tez pomadki z wyższej półki, na które już mnie dawno ciągnęło - czy aby warte swojej ceny :)





Zgadliście? Haha pewnie nie, bo jest z czego wybierać :) Prezent oczywiście nie był jeden, ale kupiony w jednym sklepie i do tego z tej samej kolekcji - tak to były produkty z Inglota we współpracy z JLo!



Zakochałam się! Kolorystyka jest przepiękna, niby nic odkrywczego, ale sami przyznajcie, że coś w sobie mają te kolory - aż krzyczą weź mnie do domu :) no i wzięłam!  Moim łupem padły 4 cienie do oczu - dwa błyszczce i dwa matowe, a także trzy pigmenty z kolekcji.



Jeśli o cienie chodzi, to już dawno nie kupowałam nic z Inglota (19zł) i ma wrażenie, że formuła została ulepszona - maty są mniej suche, a bardziej masełkowate - choć może to tylko w tej kolekcji? Pierwsze dwa kolory to J303 Deep Amethyst - perłowa śliwka na ciepłej czerwono-brązowej bazie oraz J315 Sienna - cudna, prawdziwa musztarda w macie, lekko wpadająca przy rozcieraniu w pomarańczowe tony, nie miałam jeszcze takiego koloru. Kolejne dwa odcienie to także cudne zestawienie, pierwszy to J331 Bordeaux - ciemny, chłodny brąz z lekkimi fioletowymi podtonami oraz J339 Copper - perłowy, rudawy i miedziany - bajka!


Pigmenty z Inglota uwielbiam od zawsze i mam już kilka w swojej kolekcji. Te z kolekcji JLo (49zł) są przepiękne i jakościowo nie odbiegają od tych w stałej ofercie. Kolorystyka tych które ja wybrałam jest także utrzymana w złoto-fioletowych tonach. Pierwszy J403 Ethereal to cudna mieszanka brudnego różu z fioletem i odrobiną srebra, drugi J405 Celestial to jaśniutka kombinacja lawendy i srebra, a trzecie J406 Cosmic Glow to połączenie złota, miedzi i lekko oliwkowych iskierek. Wszystkie trzy są mega unikatowe i boskie. Pigmenty są grubo zmielone i na pierwszy rzut oka nie można od razu powiedzieć jak będą wyglądały na oku.



Pozostając przy błyskotkach, do mojej kolekcji palet trafiła nowa od Too Faced Chocolate Gold (174,25zł) zakupiona ze zniżką 15%. Ogromnie się wahałam czy muszę ją mieć - moje przyjaciółki to potwierdzą :) Jednak kiedy jedna z nich ją nabyła i zobaczyłam ją potem na oku - szok! Wiedziałam już wtedy że będzie moja! W palecie są same metaliczne cienie i tylko cztery maty, ale w kolorach tak przemyślanych, że można dzięki nim idealnie wyprofilować oko w matach lub zrobić klasyczny dzienny czy wieczorowy makijaż.



Druga paletka to też marka Too Faced tylko tym razem w mniejszym i bardziej dziennym wydaniu.  Natural Eyes (143,20zł) bo to o niej mowa, jeśli chodzi o kolory cieni to niczym szczególny się nie wyróżnia na rynku - ot co neutralne, dzienne kolory dla każdej z nas, jednak jeśli chodzi o ich prezentacje i całe opakowania jest to małe dzieło sztuki :) Wygląd puderniczki i te koronki! Kupiłam ją także na promocji -20% - raczej nie kupuje nic w Sephorze w regularnych cenach, dla mnie to bez sensu, wole poczekać na promkę bo ostatnio są bardzo często :)



Ostatnią paletą cieni którą kupiłam w Czerwcu jest Lime Crime Venus XL Palette (50GBP). Wzdychałam do niej od kiedy pojawiła się na necie - do czego ja w sumie nie wzdychałam :) Robiąc zamówienie dla przyjaciółki z Cult Beauty postanowiłam przestać wzdychać i wrzuciłam ją do koszyka! Kolory są cieplutkie i bardzo przypominają mi mix Modern Renaissance od ABH i Rose Gold od Hudy.



Postanowiłam przetestować cienie z Nabla (32,99zł), padło na błyskotki :) Wiem, że cienie można tez kupować jako wkłady i następnym razem tak zrobię, bo te i tak przełożę do palety magnetycznej - nie cierpię pojedynczych cieni w pudełkach bo mi się potem walają po szufladzie...
Pierwszy cień to Entropy - perłowy w odcieniu taupe, szarawy brąz z domieszką fioletu. Kolejny cień to Mystic - także perłowy, jednak jest to połączcie herbacianego różu z fioletem i brudnym różem.



Ostatnią błyskotką na dziś jaką mam dla Was jest płynny rozświetlacz z Golden Rose Metals Liquid Glow Higlighter nr 03 Warm Gold (14,90zł). Bum! To dopiero blask! Od kiedy go kupiłam ląduje prawie codziennie w moje wewnętrzne kąciki oczu - jest boski!



Jeśli chodzi o pomadki to jak zwykle u mnie wysyp :) Zacznę od szminek Marc Jacobs. Tym razem każda inna i aż trzy :) Pierwsza Enamored Hi-Shine Gloss w kolorze Skin Deep nr 344 (143zł) to przepiękny i nienachalny błyszczyk o lekkim miętowym zapachu i przepięknym kolorze mlecznego kakao - mniam!  Kolejna to pomadka w płynie, nie matowa ale długotrwała Liquid Le Marc w kolorze Truth Or Bare nr 454 (139zł). Zapach jest o wiele przyjemniejszy bo budyniowy, a kolor to piękny różany, zgaszony róż. Ostatnia pomadka to Le Marc w odcieniu Kiss Kiss Bang Bang nr 216 (135zł). To standardowa kremowa szminka o kolorze zbliżonym do poprzednika, jednak w bardziej żywym różu. Zapachu nie wyczuwam - chyba to lepiej niż śmierdzący chemiczny!



Kolejne dwie szminkowe nowości u mnie to także dwie ślicznotki z droższej półki. Pierwsza to osławiona Anastasia Beverly Hills Liquid Lipstick w kolorze Dusty Rose (16,67GBP). Zapach ma obrzydliwy - chemiczny i sztuczny, kolor szczerze mówiąc myślałam, że będzie jaśniejszy, a jest to bardzo chłodny, brudny róż. I powiem Wam, że całkiem nie rozumiałam tego zachwytu dopóki nie nałożyłam jej na usta... ja pierniczę! Przetrwała cały dzień, zjadając się leciutko od środka, jednak bardzo naturalnie - jestem zachwycona! Kolejny zakup to błyszczyk od Urban Decay Hi-Fi Shine Gloss w kolorze Backtalk (99zł). Ma bardzo dziwny, lekko miętowo-ziołowy zapach, a kolor to cudy kakaowy brąz z widocznym różem. Na ustach wygląda genialnie! Chyba coś ostatnio ciągnie mnie do błyszczyków - starzeje się???



Na koniec kolejne dwie pomadki, tym razem obie płynne i o wykończeniu matowym. Jedna to kolejny kolor z serii którą już znam i pokochałam, a druga to totalna nowość :) Zacze od tej już mi znanej, a mowa o marce Kat Von D Everlasting Liquid Lipstick (89zł). Kiedy zobaczyłam wersję płynna koloru Lovecraft u mojej przyjaciółki - wiedziałam, że będzie moja! Kolor jest mieszanką brązu i różu, ale różanego różu w dużej przewadze. Zawsze myślałam, że jeśli kolor tak samo się nazywa w wersji stałej jak i płynnej będzie dokładnie taki sam, a tu niespodzianka! Zapach niestety nie jest zachwycający, ale kolor i trwałość mi go rekompensują! Druga pomadka to dla mnie nowość od Huda Beauty Liquid Matte w osławionym kolorze Bombshell (15GBP). Plus za ładny, perfumowy zapach, natomiast kolor... ech... kiedy ja się nauczę, że nie mam urody typowej vlogerki makijażowej i nie zawsze to co im pasuje, będzie pasować mi :( Nie wyglądam tragicznie, ale to kompletnie nie moja bajka. Odcień jest ciepły, niby nude, ale jak dla mnie za bardzo idący w brąz z domieszką pomarańczu.

A Wy co upolowałyście ostatnio? Małe zakupowe szaleństwa? :)
Ściskam Was ciepło!

lipca 01, 2018

Czarna róża

Czarna róża
Hej,

Za oknem upał, żar i słonko, a mnie wzięło na mroczne klimaty :) strasznie spodobały mi się połączenia pastelowych kolorów z czernią, a do tego dziś chciałam Wam pokazać moje pierwsze dzieło z wykorzystaniem trendu "Manitiul" - stwierdzam, że następnym razem będzie na pewno ładniej :)


Oba kolory spotkają się pośrodku dłoni, więc tak na serio nie ma dominującego odcienia przy tej stylizacji :) Jak już zobaczycie zdjęcie mani, pomyślicie - wow dużo się tam dzieje, ale już tak ostatnio mam, nie mogę się zdecydować na jedną rzecz, a potem już lecę po całości i mam wrażenie, że przesadziłam. Dajcie znać w komentarzach co myślicie, czy może przystopować z tym wariowaniem na pazurach? Co za dużo to nie zdrowo, a nie chce żeby było kiczowato :)


Pierwszy kolor to Pink Rose nr 064 - ten kolor jest właśnie taki jak jego nazwa, niby w kolorze herbacianej róży ale z dodatkiem różowego odcienia. Bardzo ładnie kryje. Kobiecy delikatny kolor, jednak z lekkim pazurem. Jest to jeden z moich pierwszych lakierów, dlatego też ma taką małą pojemność. Kiedyś na stronie Semilac można było wybrać sobie wielkość lakieru :) Ten odcień powędrował na 3 paznokcie: kciuk, palec wskazujący oraz środkowy.


Drugi i w sumie już ostatni kolor w stylizacji to Black Diamond nr 031 - to przepiękna, nasycona czerń. Trzeba z nią uważać, bo jak zalejecie skórki to ciężko je potem doczyścić, nie niszcząc przy tym całego mani. Bardzo dobrze kryje już przy pierwszej warstwie, natomiast idealne są dwie cienkie. Utwardzam każdą warstwę po 60 sekund jak radzą w internetach i nie miałam z tym kolorem żadnych problemów. Ten odcień także znalazł się na 3 paznokciach: małym, serdecznym i środkowym.



Połączenie kolorystyczne bardzo mi się podoba, jednak chyba tak jest, że czerń pasuje po prostu do wszystkiego :) Negative Space łączy ze sobą na środkowym paznokciu róż oraz czerń, natomiast Manitiul wylądował na serdecznym palcu. Aby wykonać tiulową poświatę wykorzystałam kolor czarny nr 031 oraz wymieszałam go z bazą z Semilac. Następnym razem spróbuje wykorzystać zamiast zwykłej bazy - Semi Hardi Clear, bo wtedy mieszanka będzie na bank gęstsza i myślę, ze może prześwity i nierówności będą mniej widoczne :)

Mani trzymał się u mnie dwa tygodnie i po tym czasie ustąpił miejsca kolejnej stylizacji, a jakiej? Zobaczycie w następnym poście o tematyce paznokciowej! Zdradzę tylko tyle, że będzie to prosta propozycja ślubna :)


A co u Was teraz króluje na pazurkach?
Pozdrawiam Was ciepło ze słonecznego Krakowa!

czerwca 30, 2018

Make Me Bio - krem pod oczy z Witaminą E

Make Me Bio - krem pod oczy z Witaminą E
Hej,

Mam dziś dla Was kolejną recenzję kremu pod oczy, który właśnie wykończyłam :) Mowa o firmie Make Me Bio i ich kremie pod oczy z Witaminą E (39zł). To już zaczyna być moją tradycją, ale wspomnę i teraz, że nie ma dobrego makijażu bez dobrej pielęgnacj!

Make Me Bio Bio krem pod oczy z Witaminą E

Krem zakupiłam pod koniec roku 2017 w listopadzie i od razu zaczęłam go stosować. Kupiłam go na stronie Cocolity. Skończył mi się jakoś w kwietniu tego roku, więc jest dość wydajny. Stosowałam go na początku rano i wieczorem, a następnie tylko na noc - czemu? Dowiedzie się czytając dalej :) Wystarczył mi na ponad 5 miesięcy.

Kilka szybkich faktów:
  • Pojemność 15ml
  • Ważność 12 miesięcy bez otwierania lub 6 miesięcy od momentu otwarcia
  • Cena ok. 40zł
  • Skład: Aqua (woda), Butyrospermum Parkii * (Masło shea)*, Prunus Amygdalus Dulcis* (Olej ze słodkich migdałów)*, Macadamia Ternifolia nut oil* (Makadamia*), Tocopherol (Wtamia E), Cetearyl Glucoside, Cucumis sativus Extract (Ekstrakt z ogórka), Cetyl Alcohol, Xanthan Gum, Benzyl Alcohol, Dehydroacetic Acid, Rosa Damascena Flower Oil (Olej różany), Benzyl Cinnamate**, Citral**, Citronellol**, Eugenol**, Geraniol**, Linalool**. *z ekologicznych upraw **naturalnie występujący w olejkach eterycznych.
Make Me Bio Bio krem pod oczy z Witaminą E

Krem dostajemy bez pudełeczka, jednak z dołączoną ulotką, która jest przyczepiona na sznureczku. Pojemnik jest leciutki, wykonany z plastiku i ma mój ulubiony rodzaj pompki - typu airless, dzięki której nic się nie marnuje, a produkt przy każdej aplikacji wypychany jest z pojemniczka, aż nie zostanie w nim kompletnie nic :) Minusem jest jednak to, że nie widzimy na bieżąco ile kremu zostało już zużyte - możemy to jedynie obserwować przez coraz lżejsze opakowanie.

Produkt ma średnio gęstą konsystencję, ale nie lejącą. Kolor jest biały z domieszką bardzo jasnego beżu. Staje się bardziej wodnisty i przeźroczysty podczas wmasowywania go w skórę pod oczami. Wchłania się po kilku minutach, pozostawiając lepki film na skórze.

Zapach jest bardzo miły, nie nachalny. Nie mam pojęcia co tak pachnie, jest to bardziej perfumowy zapach niż jakiś owoców czy roślin :) szkoda że to nie ogórek - którego zapach uwielbiam, a jest też w składzie kremu.

Skóra po nim jest lekko tłusta, po jakimś czasie lepki film znika, jednak nie jest to po kilku  minutach, raczej godzinach i cały czas skóra pod oczami się świeci - nawet gdy kremu już na niej dawno nie ma.

Make Me Bio Bio krem pod oczy z Witaminą E

Obietnice producenta:
"BIO krem pod oczy z witaminą E i ekstraktem z ogórka, zapewnia delikatnej skórze wokół oczu optymalną i kompleksową pielęgnację. Nawilża, tonizuje, ujędrnia i wygładza. Napina skórę, zmniejsza widoczność zmarszczek i zapobiega powstawaniu nowych. W składzie kremu zawarto między innymi masło shea, które chroni skórę przed działaniem czynników zewnętrznych i utratą wilgoci. Witamina E działa przeciwzapalnie, wspomaga odbudowę naskórka, chroni skórę pod oczami przed wysuszeniem i wzmacnia jej elastyczność. Ekstrakt z ogórka jest cennym dla skóry źródłem witaminy C, która działa antyoksydacyjnie i delikatnie rozjaśnia skórę. Olej ze słodkich migdałów i olej makadamia odżywiają skórę, nawilżają ją i wygładzają. Krem może być stosowany do pielęgnacji każdego rodzaju skóry, niezależnie od wieku."

Co ja na to?
  1. Zgodzę się z tym, że nawilża i wygładza, bo po kilku tygodniach, rzeczywiście skóra pod oczami jest gładziutka i miękka
  2. Ujędrnienie, też jest widoczne, ale nie od razu tylko po dłuższym stosowaniu. Skóra jest przyjemnie napięta, ale nie ściągnięta.
  3. Nie zauwazyłam, żeby jakkolwiek zmniejszał widoczność zmarszczek, a i nowych kilka mi przybyło :(
  4. Nie zauważyła niestety rozjaśnienia skóry - jedynie świecący, tłusty film na skórze, a szkoda, bo czasem po kilku zarwanych nocach by się przydało.
  5. Co do informacji, że jest dla każdego wieku - nie zgadzam się. Myślę, że osoby po czterdziestce, oczekują czegoś więcej od kremu pod oczy - to jest zwykły średniak.
Czy kupie ponownie? Nie.

Już spieszę donieść skąd  takie stwierdzenie. O ile krem, rzeczywiście fajnie nawilża i natłuszcza skórę pod oczami, to nadaje się tylko na noc. Pod makijaż to totalna porażka! Roluje się i waży każdy korektor i podkład, który nałożymy na okolice gdzie był krem wsmarowany. Niestety nawet po odczekaniu godziny, rezultat jest ten sam :(

Ten tłusty film na skórze niestety, bardzo powoli znika i jest to denerwujące, bo wszystkie włosy i paprochy lepiły mi się do niego.

Kupiłam go dla bardzo naturalnego i chwalonego składu, oraz dla działania przeciwzmarszczkowego. Niestety dla mnie to nieporozumienie, kiedy krem, który ma niwelować oznaki starzenia, robi kompletnie nic w tej kwestii :(

Myślę, że może on się sprawdzić osoba młodym, przed dwudziestką, które nie mają wysokich wymagać co do niwelowania zmarszczek. Także będzie dobry dla osób, które nie używają korektora pod oczy, bo ryzyko jego zważenia jest więcej niż pewne :(

Make Me Bio Bio krem pod oczy z Witaminą E

>> Następcą pod oczy został teraz koncentrat firmy Biały Jeleń Dermo Natura. Jak tylko go zużyje to wpadnę Wam o nim opowiedzieć <<

Miałyście do czynienia z kremami firmy Make Me Bio? Jakie są wasze wrażenia? 
Ściskam Was mocno!

czerwca 23, 2018

It's Skin - Hyaluronic Acid

It's Skin - Hyaluronic Acid
Hej,

Kilka tygodniu temu, swojego żywota dokonał u mnie krem marki It's Skin Hyaluronic Acid (69zł) intensywnie nawilżający - o taaak, zgadzam się z tym w 200%! Pamiętajcie, że żaden makijaż nie będzie wyglądał dobrze, na niezadbanej skórze twarzy :)

It's Skin Hyaluronic Acid

Krem ten zakupiłam na stronie Cocolita w październiku 2017 roku i zaczęłam stosować pod koniec grudnia. Służył mi przez bite 5 miesięcy bez przerwy, zarówno na dzień pod makijaż, jak i na noc przed snem.

Kilka szybkich faktów:
  • Pojemność 50ml
  • Ważność 12 miesięcy od momentu otwarcia
  • Cena ok. 70zł
  • Skład: Aqua, Sodium Hyaluronate, Glycerin, Glycereth-26, Dimethicone, Bis-Peg-18 Methyl Ether Dimethyl Silane, Hydroxyethyl Acrylate/Sodium Acryloyldimethyl Taurate Copolymer, Malpighia Emarginata Fruit Extract, Peg-11 Methyl Ether Dimethicone, Ethylhexyl Isononanoate, Portulaca Oleracea Extract, Vaccinium Angustifolium Fruit Extract, Peg-40 Hydrogenated Castor Oil, Ppg-26-Buteth-26, Caprylyl Glycol, Carbomer, Triethanolamine, Ethylhexylglycerin, Parfum, Tocopheryl Acetate, Disodium Edta, Hibiscus Sabdariffa Flower Extract 

It's Skin Hyaluronic Acid

Krem przychodzi w zafoliowanym, kartonowym pudełeczku. Większość interesujących nas informacji znajdziemy na pudełku.

Samo opakowanie w którym znajduje się krem, jest troszkę nieporęczne i bardzo ciężkie. Jest to szklany słoiczek z plastikowym wieczkiem, a wewnątrz znajdziemy plastikową, płaską i białą przekładkę dla zabezpieczenia kremu przed wylaniem czy też zabrudzeniem.

Na spodzie opakowania znajdziemy datę produkcji.

Bez szpatułki się nie obędzie przy stosowaniu, bardzo ciężko jest  wydostać krem, kiedy już minie się połowę opakowania, a i grzebanie w kremie paluchami też nie jest zbyt higieniczne, szkoda że nie dołączają takich szpatułek do każdego kremu.

Sam krem to półprzeźroczysty, bardzo leciutki i lepki żel. Niesamowicie wydajny. Cudnie się rozprowadza i wystarczy jego niewielka ilość aby pokryć całą twarz.

Zapach jest niesamowity, jednak to kwestia gustu. Mi podoba się ogromnie i dla samego zapachu, który jest lekko perfumowany, kwiatowy, jednak nie nachalny - mogłabym się nim smarować godzinami :)

Krem bardzo szybko się wchłania, pozostawia skórę od razu napiętą, bardziej świetlistą i nawilżoną. Genialnie sprawdza się pod makijaż. Nie pozostawia żadnego filmu czy lepkiej warstwy na twarzy.

It's Skin Hyaluronic Acid

Obietnice producenta:
"Krem intensywnie nawilża, zmniejszając uczucie ściągnięcia skóry i wywołanego nim dyskomfortu. Wykorzystany w formule kosmetyku małocząsteczkowy kwas hialuronowy skutecznie przenika w głąb skóry, gdzie wiąże ze sobą cząsteczki wody i zapewnia długotrwałe rezerwy wilgoci. Dodatkowa zawartość bogatych w witaminę C i polifenole ekstraktów z portulaki pospolitej, owoców aceroli oraz borówki amerykańskiej sprawia, że krem znakomicie rewitalizuje skórę oraz dodaje energii. Przy regularnym stosowaniu skóra nie tylko jest dogłębnie nawilżona i miękka, ale również pełna młodzieńczej witalności i promienieje naturalnym blaskiem.
Krem posiada bardzo lekką konsystencję, dzięki czemu nie obciąża skóry i jest odpowiedni także w pielęgnacji cery mieszanej i tłustej."


Co ja na to?
  1.  Zgadzam się, że nawilża i nie ściąga skóry, po nałożeni kremu czułam bardziej zdrowe napięcie niż ściągniecie wywołane wysuszoną skórą.
  2. Prawdą jest, że krem dodaje skórze energii - serio! Po zastosowaniu kremu od razu można zauważyć, że jest ona jakby zdrowsza i bardziej promienna.
  3. Do mojej skóry mieszanej nadawał się idealnie.
  4. Nie zgodzę się co do efektów po długotrwałym stosowaniu. O ile na co dzień po każdym użyciu, skóra jest promienna, sprężysta i nawilżona - to po dłuższym odstawieniu kremu  skóra wygląda tak jak przed rozpoczęciem jego stosowania - co jest wielkim minusem :(
Czy kupie ponownie? Wciąż nie wiem...

Bije się z myślami. O ile to co robi ten krem na co dzień to istna bajka, miodzio, cud i orzeszki, to niestety wystarczy odstawić go i cała magia znika - tak jakbyśmy przez ostatnie tygodnie nie robiły praktycznie nic jeśli chodzi o pielęgnacje naszej twarzy.

Ujędrnia, nawilża, rozświetla i ma przy tym cudny zapach - co z tego jak to wszystko sie nie utrzymuje :( No bo o ile plusów i niesamowitych rzeczy jakie na twarz robi ten krem jest wiele, tak jeden, ale znaczący minus, że to nie jest długotrwałe działanie - przekreśla wszystko.

Nie uważam, że to jest zły krem, jednak za 70zł człowiek liczy, ze efekty ze stosowania będą jednak długotrwałe. Może



>> Moim pielęgnacyjnym następca zostaje teraz Yuja Water C Cream od firmy Skinfood. Sprawdzimy jak z długotrwałymi efektami działania tego gagatka <<

Czy u Was może sprawdził się It's Skin Hyaluronic Acid? Może to tylko ja nie widzę długotrwałych efektów? Jaki krem polecacie do mieszanej skóry?
Pozdrawiam Was ciepło!

czerwca 03, 2018

Popłynęłam ~13~

Popłynęłam ~13~
Hej,

Jak Wam minął dzień dziecka? Obchodzicie go? :) Ja wtedy robię sobie "jeden" prezent,  ten z piątkowego zakupu pojawi się w kolejnym poście zakupowym na początku lipca, bo został kupiony już w czerwcu. Ma dziś dla Was kilka moich zachcianek majowych - powoli dochodzi do mnie, że zaczynam się uzależniać od makijażowych zakupów!



Jak już zdążyłyście pewnie zauważyć po zdjęciach, zróżnicowanie nie jest sporę, ale jakie przy tym kolorowe :)



Zacznę od pierwszego kolorowego "ptaka" majowych zakupów, którym jest nowa paletka Nabli - Soul Blooming Eyeshadow Palette (159zł). Musze przyznać, że profil Nabli na Instagramie umie budować napięcie, miałam na nią coraz większą ochotę z każdym publikowanym przez nich zdjęciem! Opakowanie jest bardzo wiosenne, a kolory w środku - bajka! W większości chłodne, o wykończeniu matowym i błyszczącym. Ilość cieni i wielkość palety podobna jak w poprzedniej ich palecie, którą nawiasem mówiąc też zamierzam dorwać :)



Z nową paletą, Nabla wypuściła też cudne 4 eyelinery, kolory przepiękne! Dlatego skusiłam się także na 2 z nich. Nabla Dazzle Liner - Metallic Liquid Eyeliner w kolorze Current Eden oraz Original Sin (44,90zł).  Pierwszy ma niesamowity kolor, powiedziałabym, że duochrom, ale widać tam więcej kolorów niż dwa :) Fiolet, niebieski, róż a czasem i nawet zieleń i srebro? Bardzo przypomina mi kolor Alchemy z Nabli jak patrzyłam po sieci. Drugi kolorek jest już bardziej do zdefiniowania. Jakby zardzewiałam truskawka ze złotymi refleksami - hahaha to się nazywa perfekcyjny opis koloru :) Zasychają błyskawicznie i są nie do ruszenia.



Teraz pora na pomadki. Pierwszy zestaw to dwa kolorki marki Bobbi Brown (129zł). Dawno chciałam sprawdzić czy tak wysoka cena jest uzasadniona, ale żal mi było kasy - powiem szczerze :( Jedna pomadka to prawie paleta cieni. Jak tylko pojawiła się w Douglas promocja 20% postanowiłam, że w końcu się skuszę :)


Pierwszy kolorek to Lilac - to ciemniejszy odcień różu z domieszką fioletu. Bardzo chłodny. Drugi kolorek to jasny, ciepły i różany odcień o nazwie Baby - bardzo dziewczęcy kolor. Pomadki są kremowe i mam wrażenie, że pachną kminkiem :) Drugi kolorek jest dużo mniej kryjący niż pierwszy. Jeszcze ich nie nosiłam cały dzień, ale oprócz pięknych kolorów i bardzo ciężkiego opakowanie nie mam pojęcia za co taką kwotę każą płacić?



Następną pomadkę bardzo chciałam od dłuższego czasu do swojej kolekcji. Mowa o The Balm Meet Matte(e) Hughes w kolorze Sentimental (57,90zł). Uwielbiam pomadki płynne z tej serii. Choć ten miętowy zapach jest specyficzny i nie każdemu może przypaść do gustu :) Na zdjęciach w necie ten kolor przedstawiany jest jako fuksja, a w rzeczywistości jest to odważny róż z dodatkiem maliny.




Kolejne dwie pomadki są marki Nabla - teraz dopiero się skapnęłam, że dużo tej Nabli kupiłam w poprzednim miesiącu, wychodzi na to, że Maj to u mnie miesiąc z Nablą :) Wracając jednak do pomadek. Pierwsza z nich jest matowa w płynie, natomiast druga już tradycyjna.


Dreamy Matte w kolorze Grande Amore (59,90zł) ma odcień zupełnie nie taki na jaki liczyłam - jestem mega zawiedziona :( Myślałam że ten kolor to będzie piękna i intensywna czerwień, a tu dostałam ceglany odcieniem i domieszką różu. Jak zaczęłam przegadać internety i okazało się, że zamówiłam nie ten kolor - chodziło mi o odcień Rumors :) Ech, sama sobie jestem winna :) Kolejna pomadka w dalszym ciągu po stronie matowej - Diva Crime Modern Matte Lipstick w kolorze Boheme (54,90zł). W opakowaniu wygląda jak niewinny jasny róż, jednak jest to bardzo chłodny, trochę trupi, szarawy róż z domieszką fioletu, wręcz wyblakły. Ma bardzo mocne krycie.



Na sam koniec zostawiłam sobie kolorowego "ptaka" numer dwa, czyli Huda Beauty Rose Gold Remastered Palette (46,67gbp ok. 236zł) zakupiona w moim ulubionym zagranicznym sklepie CultBeauty. Chciałam ją mieć od samego początku kiedy się pojawiła, jednak cena mnie przerażała w Sephorze. Kiedy pogodziłam się z ceną to już tej paletki nie było, a w internetowych polskich drogeriach oferowano ją za kwotę w okolicy 360zł (!!!), dałam za wygraną. Kiedy pojawiła się w sieci informacja o tym, że paleta wróci w ulepszonej wersji i do tego na CultBeauty mają akurat promocje 20% na wszystkie palety - wiedziałam, że to znak :) Nie będę ściemniać - jest przepiękna! Połowa cieni jest matowa, druga połowa błyszcząca, a cała kolorystyka utrzymana w ciepłej różowo - czerwonej kolorystyce. Recenzja pojawi się na bank na blogu, ale dopiero bo dłuższym używaniu :)


A u Was jak zakupy makijażowe? Zaszalałyście?
Pozdrawiam ciepło!
Copyright © 2016 M&M - Mouse and Makeup , Blogger