października 15, 2020

The SAEM - Urban Eco Harakeke Root Cream

The SAEM - Urban Eco Harakeke Root Cream

Cześć!

Wpadam dziś aby podzielić się z Wami moimi wrażeniami po długiej "współpracy" z kremem pod oczy The SAEM Urban Eco Harakeke Root Cream (16,23USD). Ciekawi jak się nam układało i czy "związek" był burzliwy? Wszystko znajdziecie poniżej :) Tradycyjnie przypomnę, iż nie ma dobrego makijażu bez dobrej pielęgnacji!


Krem zakupiłam na początku zeszłego roku i zaczęłam stosować na poczatku Wrzesnia 2019. Wykończyłam go dopiero po 9 miesiącach, bo opakowanie jest ogromne - dwukrotnie większe niż standardowo! Z jednej strony to dobrze, ale z drugiej po 4 miesiącach miałam już ochotę na zmianę :( Resztki wygrzebałam na początku tego roku, jakoś w połowie Maja 2020 - nie miałam pojęcia ile krem był ważny po otwarciu bo nigdzie takiej informacji nie znalazłam, jednak na stronie producenta umieszczono tą specyfikacje. Krem stosowałam zarówno rano jak i wieczorem na okolice wokół oczu oraz na powieki.

Kilka szybkich faktów:
  • Pojemność 30ml
  • Ważność 3 lata bez otwierania, data ważności jest nadrukowana na pojemniczku oraz 12 miesięcy od momentu otwarcia
  • Cena ok. 16,23 USD = około 69 zł
  • Skład: Harakeke Extracts (71%)/ 1,3-Butanediol/ Cetyl Ethylhexanoate/ Dimethicone/ 1,2-Hexanediol/ Glycerin/ Propanedio/ Dimethicone/ Jojoba Esters/ Cyclomethicone/ Cetearyl Glucoside/ Dimethicone/Vinyl Dimethicone Crosspolymer/ Cyclomethicone/ Harakeke Seed Oil (10ppm)/ Harakeke Leaf Extract (9.8ppm)/ Honey/ Calendula Officinalis Flower Extract/ Portulaca Oleracea Extract/ Sodium Hyaluronate/ Trehalose/ Totarol/ Kangaroo Apple Berry Extract/ Arachidyl Glucoside/ Glyceril Stearate/ Cetyl Alcohol/ Behenyl Alcohol/ Polyacrylamide/ Arachidyl Glucoside/ C13-14 Isoparaffin/ Ammonium Acryloyldimethyltaurate/VP Copolyme/ Helianthus Annuus (Sunflower) Seed Oil Unsaponifiables/ Laureth-7/ Disodium Edta/ Arachis Hypogaea (Peanut) Oil/ C12-14 Sec-Pareth-7/ Glucose/ t-Butyl Alcohol/ Tocopherol/ Xanthan Gum/ Bixa Orellana Seed Oil/ Ethoxydiglycol/ Aqua(Water)/ Ethylhexylglycerin/ Perfume


Krem przychodzi do nas zafoliowany w kartonowym pudełeczku odpowiadającym kolorystyce opakowania samego kremu. Niestety nie znalazłam w pudełku żadnej ulotki, natomiast wiele informacji znajduję się na samym pudełku. Jedyny minus, że większość jest nie po polsku a po koreańsku. Jednak warto podkreślić, iż jedna ścianka pudełka jest po angielsku i wypisano tam najważniejsze informacje, jak skład, sposób aplikacji, działanie kremu. Kolejny minus to niestety brak szpatułki do wyciągania produktu, a jak już zdążyłam się przekonać nie raz, taka szpatułka nie tylko zapewnia higieniczne stosowanie, ale też wygodnie wyjmuje się nią krem.

Samo opakowanie kremu jest bardzo ładne, wykonane z grubego plastiku i przy tym lekkie pomimo dużej ilości kremu w środku. Po otwarciu pudełeczka naszym oczom ukazuje się biała przekładka, która mega się przydaje na początku używania, aby nie pobrudzić sobie zakrętki, bo kremu napakowane jest w środku po brzegi.

Pomimo dużych rozmiarów, słoiczek jest bardzo poręczny, wewnątrz jest wyścielony dodatkowym plastikiem który wygada jak półokrąg - zaobserwować to można dopiero po większym zużyciu produktu.

Krem ma bardzo delikatny i nie nachalny, kwiatowy i lekko perfumowany zapach, który po nałożeniu na twarz bardzo szybko się ulatnia i podczas samej aplikacji praktycznie go już nie czuć.



Wewnątrz krem ma lekko żółtawe, kremowe zabarwienie. Sama konsystencja jest bardzo gesta i treściwa, natomiast na twarzy staje się po chwili bardziej rzadka.

Przy rozsmarowywaniu ja mam lekkie uczucie jakbym rozprowadzałam masło pod oczami, bo pod palcem konsystencja jest maślana i super miękka. Dodatkowo jak krem potrzymacie chwile na palcu to możecie zaobserwować jego przemianę - zaczyna się rozpuszczać jak masło pod wpływem ciepła dłoni. Krem bardzo szybko się wchłania, pozostawiając okolice oczu lekko napiętą, miękką i dobrze nawilżoną, przy tym nie pozostawiając żadnej lepkiej warstwy.

Nic z nim się nie działo w ciągu dnia, korektor trzymał się na nim bardzo dobrze, nic mi się nie warzyło.

Obietnice producenta:

"Wysoce skoncentrowany krem pod oczy uzupełnia suchość skóry oczu głębokim nawilżeniem dzieki wyciągu z korzenia Harakeke. Zawartość 71% ekstraktu z korzenia Harakeke zamiast wody stosowanej jako mieszanka surowców pozwala wzmocnić efekt nawilżenia kremu.
Ekstrakt z liści Harakake utrzymuje wilgoć pomiędzy teksturami skóry, a olej z nasion Harakake sprawia, że szorstka skóra jest gładka i delikatna.
Kwiat nagietka i wyciągi z Portulaca Oleracea koją skórę i dostarczają energii, aby skutecznie zniwelować efekt zmęczonych oczu.
Miękki i łagodny krem pod oczy wypełnia szczeliny skóry i uzupełnia witalność i nawilżenie zmęczonych oczu."


Co ja na to?

  1. No właśnie to dziwne zachowanie się kremu na dłoni jest fascynujące, niby to krem ale jakby woda ale dalej krem
  2. Co do poziomu nawilżenia skóry to jest rewelacyjne, jeszcze chyba nigdy skóra pod oczami nie była u mnie tak dobrze nawodniona - na całe wieki zapomniałam o suchych skórkach w tej okolicy
  3. Co do energii dostarczanej skórze, to mogę potwierdzić, że była ona lekko ujędrniona i bardziej sprężysta, ale nic szokującego
  4. Co do zmęczonych oczu, to ja nie mam jakiegoś problemu z opuchnięciami, workami pod oczami czy też z cieniami, więc tu się nie wypowiem
  5. Jeśli chodzi o wypełnianie szczelin skóry, to nie zauważyłam, żeby zmarszczki były spłycone 

Czy kupie ponownie?  Nie.

Niestety to nie jest to co szukam w kremie pod oczy, no może nie całkiem to. Bo o ile to nawilżenie jest cudne, skóra jest mięciutka i taka delikatna to ja jednak bardziej stawiam już na przeciwzmarszczkową ochronę.

Krem idealnie sprawdza się pod makijaż i pięknie nawilża okolice oczu przez cały dzień.

Szukam w kremie jednak wypełnienia drobnych zmarszczek, spłycenia ich na dłuży okres, oraz przeciwdziałania powstawaniu nowych.

Nie twierdzę, że krem jest zły, bo jeśli kogoś nie interesuję kuracja przeciwzmarszczkowa to bierzcie w ciemno i nie pożałujecie, natomiast dla kobiet po 30 roku życia myślę, że jednak działa za mało :( będę szukać dalej idealnego kremu dla mnie.


>> Kolejny krem do testów to Jan Thomas - Sorry Age! Eye Gel, tym razem nie słoiczek.
Recenzja pojawi się oczywiście kiedy go wykończę <<

Miałyście może któryś z tych kremów? Dajcie koniecznie znać w komentarzu :)
Ściskam Was mocno!

września 13, 2020

ZOEVA - Cocoa Blend

ZOEVA - Cocoa Blend
Hejka!

Dziś przychodzę do Was z recenzja ostatniej palety z Zoeva jaka posiadam w swojej kolekcji. Mowa o jednej z bardziej użytkowych paletek tej marki, czyli Cocoa Blend (72,90zł), była to moja druga paleta do makijażu ogólnie oraz tej samej marki kupiona zaraz po Naturally Yours o której pisałam TUTAJ. Jeśli ciekawi Was moja opinia oraz wersja makijażu jaką dla Was przygotowałam to zapraszam na dalszą część posta :)


Paleta jest standardowych rozmiarów jak na wersję prostokątną. Przychodzi zapakowana w nakładkę dokładnie odwzorowująca grafikę i kolory samej palety. Jest koloru Toupe ze złotym nadrukiem. Samo opakowanie palety jest lekkie, nie zawiera zbędnego pędzelka, który zazwyczaj w takich paletach jest średniej jakości i zabiera tylko miejsce, a większość i tak go wyrzuca. Wewnątrz nie znajdziecie także lusterka - mi to nie przeszkadza, bo nawet w podróż zawsze zabieram większe lusterko, nie umiem się malować do lusterek w paletach :)


W środku paletki znajdziecie 10 cieni o gramaturze 1,5gr, która jest przeciętną wielkością standardowych cieni. Według producenta w opakowaniu znajdziemy 4 wykończenia cieni, mianowicie: matowe, matowe z drobinkami, metaliczne i satynowe i ja w zupełności się z tym zgadzam, za wyjątkiem metalików bo jak dla mnie to są perłowe cienie a nie metaliczne. Podsumowując dostajemy 4 maty, 1 mat z drobinkami, 4 perły i 1 cień o wykończeniu satynowym. Każdy kolor ma swoja nazwę w opakowaniu zapisana złotą czcionką pod cieniem.

Kompozycja kolorystyczna jest w przewadze ciepła i raczej ciemna. Mało tu jasnych odcieni. Paleta jest kompletna, to znaczy, że zarówno znajdziemy tutaj matowy beż, jak i czerń do przyciemnienia makijażu czy tez zrobienia kreski. Opakowanie zamyka się na magnes, który bardzo mocno trzyma - co jest plusem bo dodatkowo chroni cienie.


  • Bitter Start - piękny, jasny i neutralny matowy beż. Perfekcyjny do zmatowienia całej górnej powieki
  • Sweeter End - piękny perłowy odcień o błyszczącym wykończeniu z lekką chłodną nutka fioletu, niestety błysk jest bardzo subtelny, prawie satynowy
  • Warm Notes - to pięknie błyszczący perłowy cień o idealnej śliwkowo-wiśniowej barwie


  • Beans are White - to matowa czerń lub bardzo ciemny i chłodny brąz, niestety o bardzo słabej pigmentacji, lekko szarawy odcień
  • Subtle Blend - to perłowa formuła o kolorze stopu brązu, lekko chłodnawa z domieszką miedzi


  • Pure Ganache - to piękne perłowe wykończenie i barwie różowego złota z dużą domieszką jasnej miedzi
  • Substitute for Love - średni, lekko rudawy, jasny, matowy brąz
  • Freshly Toasted - to matowy ciepły odcień kasztanowy lub mlecznej czekolady


  • Infusion - to najbrzydszy kolor w palecie, kompletnie nie wiem po co się tu znalazł. To niby satynowy mat o kolorze czarno-szarym z domieszką złotych iskierek. Dla mnie to kolor błota.
  • Delicate Acidity - to perłowy, ciemny i bardzo chłodny fiolet. Bardzo się kruszy, jest najbardziej miękki w swojej konsystencji ze wszystkich cieni o wykończeniu perłowym w palecie

Lubię w tej palecie wszystkie cienie za wyjątkiem Infusion oraz Beans are White, dla mnie pierwszy jest kompletnie zbędny, bo ma błotny kolor, dodatkowo kompletnie nie rozumiem sensu dodawania do palety cienia matowego z drobinkami, których potem nie widać na oku. Drugi kolor to chyba miała być czerń, ale jest fatalnie napigmentowana. Mi osobiście w palecie czerń jest kompletnie zbędna, ale jak już ją dodają to niech będzie na serio czarna a nie jakieś pitu pitu.

Natomiast moje ulubione cienie z palety to pierwsze trzy, czyli Bitter Start oraz Warm Notes. Pierwszy to mój idealny odcień matowego beżu i do tego z mocnym pigmentem. Drugi to perła, która ma cudny i intensywny kolory.



Powyżej widzicie zdjęcia makijaży jaki dla Was przygotowałam z użyciem aż 7 kolorów z palety. Przyznaje nie jest to lekki i dzienny makijaż, choć i pewnie dla nie których taki właśnie jest :) Na usta powędrował delikatny nudziakowy różyk, aby makijaż oka grał tutaj pierwsze skrzypce. Poniżej umieściłam dla Was info jak krok po kroku zrobiłam ten makeup.

1. Jako bazy użyłam Too Faced Shadow Insurance i na nią nałożyłam pierwszy cień z palety, czyli matowy beż Bitter Start
2. Potem zaznaczyłam załamie powieki kolorem Substitute for Love, a następnie na środek powieki palcem nałożyłam Warm Notes
3. Kącik zewnętrzny na górze przyciemniłam odcieniem Freshly Toasted, natomiast zewnętrzną część dolnej powieki kolorem Subtle Blend
4. Kącik wewnętrzny na górnej powiece rozjaśniłam Sweeter End, a na wewnętrzna część dolnej powieki aż do połowy oka powędrował odcień Pure Ganache
5. Na koniec górną i dolną linie wodą przycieniłam kredką z Kryolan Kajal w kolorze Brown
6. Rzęsy wytuszowałam maskarą od Loreal Volume Million Lashes So Couture



Czy polecam? Tak. Za wyjątkiem kiepskiej czerni, której i tak większość nie używa i błotnego cienia, którego ja praktycznie nie używałam, to cała reszta jest znakomita, zarówno pod względem pigmentacji jak i doboru kolorystycznego w całej palecie. Zaznaczę tutaj jednak, że zwolenniczki mocnych błysków się tutaj zawiodą, bo nawet perły nałożone na bazę Nyx Glitter Primer nie wala po oczach blaskiem, jest to subtelne świecenie - mi się podoba. Co do kolorystyki to jest ona cieplutka, więc chłodne karnacje nie koniecznie muszą się na nią skusić, a przy tym cienie są ciemne. Tak, ciemne, w sensie że można tutaj wyczarować delikatny dzienny makijaż - nie zrozumcie mnie źle, chodzi mi raczej oto, że jest wile ciemnych kolorów stricte pod wieczorowe makijaże czy też jakieś smokey. Osyp jest szczególnie przy perłach, mają one maślaną konsystencje rozpływająca się czasem pod ciepłem palca, maty jakoś nie osypują się zbytnio i są raczej suchawe, ale nie jest to kredowa suchość. Uważam, że za cenę często poniżej 90zł za paletę to bardzo dobry stosunek, ilości i jakości cieni do ceny. Pamiętajcie, że na oficjalnej stronie marki TUTAJ kilka razy do roku jest promocja -20%, na Black Friday -30%, a w tym roku w lutym była nawet i -40%, wiec warto.


Na koniec lista wszystkich kosmetyków użytych w powyższym makijażu:


TWARZ:
Baza ColourPop Watermelon Face Milk, Benefit - The POREfessional, Paese DD Cream w kolorze 1N Ivory, Golden Rose korektor HD Concealer 01, No7 Perfect Light Pressed Powder, The Balm Take Home the Bronze Bronzer w kolorze Olivier, Becca Shimmering Skin Perfector Pressed Highlighter w kolorze Moonstone,
OCZY:
Baza pod cienie Too Faced Shadow Insurance, paleta ZOEVA - Cocoa Blend (cienie: Bitter Start; Substitute for Love; Warm Notes; Freshly Toasted; Subtle Blend; Sweeter End; Pure Ganache), Kredka do oczu z Kryolan Kajal – Brown, Tusz Loreal Volume Million Lashes So Couture
BRWI:
Kredka do brwi z Golden Rose Longstay Precise Browliner nr 102, Bourjois Brow Design nr 01 Transparent
USTA:
Mac w odcieniu Creme Cup


Macie tą paletę, a może zamierzacie dopiero kupić? A może kompletnie nie sprawdzają Wam się cienie tej marki i uważacie, że są przereklamowane? Dajcie znać!
Ściskam mocno!


września 06, 2020

Popłynęłam ~32~

Popłynęłam ~32~
Hej!

Z "małym" poślizgiem, ale już jest post z moimi nowościami z lipca :) Wybaczcie wszelkie milczenie, jednak natłok pracy oraz kolejny zabieg w szpitalu przystopowały moją blogową działalność :(
Jak zwykle u mnie kilka nowych palet i oczywiście pomadek, małym zaskoczeniem również dla mnie jest powiększająca się liczba bronzerów w mojej kolekcji :)



Łatwo dostrzeżecie, że pojawiło się kilka nowych marek, o których sama nie słyszałam dopóki nie zaczęłam oglądać amerykańskiego youtuba! Okazało się, że na Zalando można dorwać kilka marek o których istnieniu człowiek nie wiedział. Doszły też moje ostatnie zakupy z Glamshopu, które nie załapały się na poprzednie nowinki :)



Zacznę wiec i od nich. Pierwsza nowość to współpracy Hani z Hania :) GlamBOX AUTOPORTRET by Hania (219zł). Spodobała mi się bardzo kolorystyka, bo jest taka delikatna i idealna na co dzień, nie przepadam za tak dużymi formatami, ale myślę że to chyba jak na razie jedyny minus tej palety. Każdy tu znajdzie coś dla siebie, są tu zarówno ciepłe, jak i chłodne i neutralne kolory, więc jest w czym wybierać :)



Kolejna paleta to GlamBOX - KOKOSANKA (75zł), która jest cudną i chłodną opcją. To kolejna paleta dziewiątka z całej serii jaką wypościł ten sklep. Z brązów korzystam jak na ten moment codziennie kiedy się maluję - podoba mi się zarówno pigment jak i sama kolorystyka. Dwa ciemne błyski jeszcze nie tknięte, ale i na nie przyjdzie czas :)



Pozostając przy paletach, mam też kolejną od Natasha Denona - Safari Palette (64,50 USD). To była pierwsza paleta tej marki która mnie tak zauroczyła. Składa się ona z samych matów, a przyznam, że na co dzień często taki makijaż też robię. Poza niebieskim i szarym matem, których nie zamierzam używać całą resztę chętnie przytuliłam :)




Dalej w temacie oczu, pokaże Wam 3 pieruńskie błyski, które sobie sprawiłam będąc w Naturze. Mowa o KOBO Professional - Fantasy Pure Pigment (11,99zł). Rzadko używam sypkich pigmentów, ale czasem kiedy chcę błyszczeć to sięgam po nie - ubóstwiam nakładać jej puchatym pędzelkiem na mokrą bazę, wtedy przyklejają się nie równo i w rozproszonej ilości dając migoczący piasek na powiekach :)


Kolory które mam to: Flirty Girl Nr 109 - to lawendowy odcień z dużą ilością białego złota i różowych drobinek. Lavender Dust Nr 110 - to jasno fioletowy kolor, momentami w opakowaniu wydaje się bardzo rozbielony, ale przy swatchu uderza niebieskofioletowym intensywnym blaskiem, wygląda jak neon praktycznie i do tego ma lekko metaliczny poblask. Sweetheart Nr 111 - nutkę metalicznego światła widzę też przy tym odcieniu który łączy w sobie zarówno intensywny jak i zgaszonym, brudny róż. Z wszystkich trzech to pierwszy jest najbardziej migoczący i rozproszony, pozostałe dwa dają bardziej jednolity i metaliczny poblask.



Nowością u mnie jest też mocno kryjący korektor do twarzy i pod oczy Zoom In Nr 02 Light od Semilac (22,45zł). Jest troszkę ciemny dla mnie, żałuję że nie zamówiłam jaśniejszego koloru, natomiast na szczęście nałożony cienką warstwą, nie odcina się na twarzy. Ma rzeczywiście dobre krycie. Co do stosowania go pod oczy to należy użyć bardzo małej ilości i od razu przypudrować, bo niestety lubi wędrować i osadzać się w zmarszczkach o których istnieniu mogłyście nawet nie wiedzieć :) Szczególnie ten odcień nada się idealnie dla posiadaczek sińców pod oczami bo kolor jest bardziej żółty niż beżowy.





 


Dalej w temacie produktów do twarzy. Jestem mega zaskoczona moją fascynacja kremowymi produktami do konturowania! Ta formuła chyba najbardziej mi przypadła do gustu. Tym razem u mnie coś płynnego, coś kremowego i coś w pudrze :)
Pierwszy gagatek to TOO FACED - Chocolate Soleil w kolorze Milk Chocolate Bronzer (124zł), jest to jaśniejsza wersja oryginału, jednak przyznam iż myślałam, że będzie bardziej neutralny :( Trzeba też z nim uważać, bo jeśli ktoś ma ciężką rękę to może sobie zrobić nim plamę. Da się ją spokojnie rozblendować, jednak zalecam uważane na pigment :) Pachnie taką sztuczną czekoladą, a kolor to taki lekki migdał, jednak na swachu czy w opakowaniu wygląda dużo jaśniej niż na twarzy. Kolejny bronzer to Huda Beauty Tantour w kolorze Fair (26GBP). Fantastycznie mi się go używa i stosuje go często wymiennie z tym od Fenty. Pachnie lekko chemicznie, ale jest to prawie nie wyczuwalne. Kolor jest nie co inny niż w samym opakowaniu. Na ręce czy twarzy wychodzi troszkę cieplej, bardziej żółto, jednak dalej w kierunku brązu. Ostatni to Bourjois Sculpt Bronze (18.69zł) - czyli bronzer w płynie. Niestety na mojej twarzy wygląda jak okropnie sztuczna, pomarańczowa opalenizna :( Ładnie się rozprowadza i ma bardzo przyjemny i świeży zapach. Myślałam, że wykorzystam może na ciało, jednak moje bijące bielą nogi też nie polubiły się z nim. Pójdzie w świat! Na moich opalonych przyjaciółkach będzie się prezentować świetnie :)




Kolejną nowością do twarzy jest róż, jak już wiecie ja róży kompletnie nie używam, jednak ostatnio postanowiłam, że może choć jeden przydałby się w kosmetyczce :) Wybór padł na osławiony Milani Baked Blush nr 05 w kolorze Luminoso (41,23zł). O dziwo, podoba mi się na mnie. Jest jakby połączeniem różu i rozświetlacza. Sam kolor to brzoskwinia pomieszana z różem i złotem. Pachnie sztucznie, chemicznie ale nie intensywnie. Starczy mi pewnie na lata, a przy okazji jak będą kogoś malować to już nie powiem, że nie mam żadnego różu :)



Do twarzy jeszcze pozostałam mi pudrowa nowość i jak na razie mój ulubieniec pod oczy, mianowicie No7 Perfect Light Pressed Powder (11,49zł). Jest totalne aksamitny i miękki. Na skórze pozostawia lekką woalkę, nie wygląda sucho i nie ciastkuje się. Idealnie nanosi się na twarz, a przy się nie pyli i jest transparentny więc nie zmienia koloru podkładu czy korektora pod nim. Nie wyczułam żadnego zapachu. Co do trwałości to nie sprawia, że macie na twarzy suchy mat, ale też nie spływa Wam podkład po 2h, mi jak na razie sprawdza się świetnie :)







Na sam koniec mam do pokazania wysyp moich nowości do ust :) Na pierwszy ogień idą dwie pomadki od Nars (26 GBP). Pierwsza jaśniejsza to Brigitte - czyli ciepły odcień koralu połączonego z lekko różanym podtonem. Druga to Anna - czyli dość chłodna i ciemna w kolorze jagodowym. Obie pomadki są kremowe i przyjemnie sie je nosi na ustach, a przy tym są długotrwałe. Oczywiście nie są na nich 24h, ale kilka przyzwoitych na bank i do tego ładnie się zjadają i bez problemu po posiłku można je dołożyć.





Kolejna pomadka to takie małe marzenie, zawsze chciałam mieć coś z tej marki - a szczególnie pomadkę :) Mowa o marce Charlotte Tilbury (25 GBP), postawiłam na jej serie pomadek matowych Hot Lips i kolor Kidman's Kiss. Sama pomadka, jej opakowanie i kształt są prześliczne. Szminka cudnie sunie po ustach, jest kremowa, ale nie za bardzo żeby się łamała czy roztapiała w torebce. Niby powinna być matowa, ale według mnie to taka idealna satyna na ustach. Kolor to świetny dzienny róż, nie za jaskrawy, ale przy tym bardzo dobrze napigmentowany. Kolorystyką bardzo przypomina mi szminkę z Mac "Please Me". Następna (i nie jedyna tutaj) została kupiona na Zalando. Mowa o firmie Burt's Bees (59zł) i ich Satin Lipstick w kolorze Blush Basin nr 501. Jest mocno napigmentowana, jednak jest zapach nie jest najprzyjemniejszy - dobrze, że szybko się ulatnia. Jest sztuczny i lekko jakby woskiem ze świec zalatywał :) Sam kolor to ciepły koral z dodatkiem różu. Pomadka jest bardzo kremowa i momentami mam wrażenie, że za bardzo bo jednak sztyft trochę się wygina do tyłu przy malowaniu ust. 





Kolejna to Paul & Joe Beaute w kolorze Paris Metro nr 214 (69zł+35zł). Kupuję się tutaj osobno samą pomadkę, a osobno opakowanie - etui na nią. Sam kolor jest typowym dzienniakiem będącym mieszanką beżu i różu. Pachnie delikatnie kwiatowo i jest przyjemnie kremowa na ustach. Samo opakowanie jest też śliczne i niesamowicie eleganckie. Przez ostatni miesiąc prawie się z nią nie rozstawałam - każde wyjście ze znajomymi zaliczała :)




Ostatnie trzy produkty do ust to błyszczyki. Pierwszy zakup jest z Zalando, to Crystal Ball Gloss Gamstone Rollergloss (35,10zł) w wersji Rose Quartz. Jest wypełniony prawdziwymi kryształami kwarcu i niby ma działać leczniczo. Dla mnie to po prostu bezbarwny błyszczyk, który daje efekt mokrych ust. Nie rozlewa się poza kontur i bosko wygląda nałożony na jakąś konturówkę. Pachnie delikatnie, ale przy tym bardzo przyjemnie. Szału nie ma jak mam być szczera, ale bajer jest - bo kryształki :) Kolejny to lekko brzoskwiniowy i nawet dobrze kryjący błyszczyk od Golden Rose z serii Color Sensation Lipgloss nr 103 (12,67zł) o przyjemny, słodkawym, budyniowym zapachu. Nie klei się na ustach i ładnie błyszczy, jednak jak się nałoży za dużo to brzydko zbiera się przy wewnętrznej części ust. Ostatni błyszczyk jest od Eveline Glow&Go Lip Gloss w kolorze nr 03 Neutral Nude (11,19zł). Ma piękny jasno różowy kolor, trochę transparentny, a w nim miliony iskrzących się, maleńkich złotych/srebrnych oraz fioletowych iskierek. Na szczęście nie jest to jakiś chamski brokat, tylko rzeczywiści jakby złoty pyłek. Zapach jest słodki i przypomina mi zapach dawnych oranżad w proszku lub pastylek do rozpuszczania w wodzie. Niby rześki i lekko cytrusowy :)

A u Was jak mijają wakacje? Pracujecie czy odpoczywacie zasłużenie? Ja na urlopik wybieram sie dopiero w połowie Września!
Ściskam Was mocno!

Copyright © 2016 M&M - Mouse and Makeup , Blogger