czerwca 28, 2020

Anastasia Beverly Hills - Modern Renaissance Eye Shadow Palette

Anastasia Beverly Hills - Modern Renaissance Eye Shadow Palette
Cześć!

Mam dziś dla Was recenzję jednej z pierwszych moich droższych palet jakich sobie zafundowałam, a mowa o Anastasia Beverly Hills - Modern Renaissance (43GBP). Mam ją już ponad 1,5 roku i swoją sztukę zamówiłam na stronie sklepu Cult Beauty TUTAJ. Jeśli interesują Was to co mam do powiedzenia na temat tej paletki to zapraszam Was serdecznie do lektury tego posta :)


Paleta przychodzi do nas w kartonowym opakowaniu o identycznym wyglądzie i kolorystyce jak sama paleta. W tym wypadku jest to zgaszony, pastelowy róż. Polecam Wam zachować kartonik, ja tak robię przy wszystkich paletach tej marki, głównie ze względu na samo opakowanie palety - jego rodzaj, oraz aby wygodnie i bezpiecznie mi się w nią w razie czego podróżowało.



Sama paleta jest przepiękna, króluje tu iście dziewczęca kolorystyka, raczej neutralna w tonacji. Sama paleta jest solidna i ciężka, wykonana z grubego kartonu i z wierzchu ozdobiona welurem - och Kochani jakie to nie praktyczne! Serio przyjemne w dotyku, ale łapie każdy brud i osypany lekko cień :( Dlatego właśnie ja swoją trzymam w opakowaniu i odpukać jak do tej pory jest czysta. Na wierzchu palety mamy jakby wtłoczony, albo wcięty napis z nazwa samej paletki oraz marki. Wewnątrz znajdziecie dwustronny pędzelek - który nie jest najwyższych lotów zważywszy na to ile płacimy za paletę oraz dobrej jakości, zabezpieczone taśma, duże lusterko.

Co do samych cieni to jest ich 14, o wykończeniu według producenta matowym i metalicznym zabezpieczone plastikową przekładką. Jak dla mnie metaliki to praktycznie perły, a oprócz matów są tam też satynowe cienie. same odcienie były podobno inspirowane kolorami jakie panowały w Renesansie. Rozmiar cieni pozostawia wiele do życzenia jeśli chodzi o cenę jaką musimy za sama paletę zapłacić, wielkość to 0,7g podczas gdy w normalnych paletach takich jak Zoeva czy GlamShop mamy pojemności cieni odpowiednio 1,5g oraz 1,8g. 


  • Tempera - matowy beż o lekkim różowawym podtonie
  • Golden Ochre - wybielony, musztardowy mat
  • Vermeer - to błyszczący, masełkowy cień o istnie perłowym kolorze


  • Buon Fresco - lekko wyprany z koloru, lawendowy mat, bardzo chłodny
  • Antique Bronze - to jakby satynowy brąz z domieszką fioletu, chłodny ale bardzo piękny odcień, jakby lekki stop brązu z migoczącymi maleńkimi iskierkami złota, według producenta to metaliczny cień o satynowym wykończeniu, jednak na oku praktycznie nie błyszczy i wygląda jak mat
  • Love Letter - to matowy, ciemny biskupi kolor, cudny fioleto-róż z dużą ilością bordo


  • Cyprus Umber - to piękny i intensywny mat w kolorze gorzkiej czekolady, ciemnej jak kakao o neutralnym tonie
  • Raw Sienna - jest to matowy cień o barwie jasnego orzecha włoskiego
  • Burnt Orange - to matowy, karmelowy odcień brązu


  • Primavera - to piękne białe złoto o perłowym wykończeniu
  • Red Ochre - to matowy odcień, przełamanej żurawinowej czerwieni zmieszanej z brązem
  • Venetian Red - niby to mat, ale lekko się błyszczy jak satyna, bardzo podobny w kolorystyce do odcienia Love Lette, jednak o cieplejszej nucie, bardziej różany, kiedy poprzednik jest chłodny z przewagą fioletu. Co to tekstury to jest jak dla mnie najgorsza przy tym cieniu, mega się pyli i według producenta to mat, ale według mnie to dokładnie ta sam formulacja co przy odcieniu Antique Bronze, którego producent nazywa metalikiem. Podobnie jak tamten nie błyszczy na oku


  • Warm Taupe - to typowy kolor toupe, szarawy brąz o matowym wykończeniu
  • Realgar - to kolor matowej cegły, lekko przypalonej z podtonem czerwieni

Cienie są bardzo dobrze napigmentowane i fantastycznie się rozcierają i konsystencja jest bardzo miękka i masełkowata. Bardzo dobrze nanoszą się a pędzel, wystarczy odrobina aby uzyskać mega pigment na oku, jednak przez to też bardzo się pylą i kruszą w opakowaniu, a pod okiem niestety osypują. Niestety błyski jak dla mnie to zwykłe perły, ładnie błyszczą na oku - nawet i bez bazy, jednak jak ktoś już poznał Turboty od GlamShopu to ciężko idzie to przebić :) Dodam także, że nie zgadzam się co do tego, że to metaliczne wykończenia. Większość matów nie jest całkiem matowa i widać w nich taki satynowy, lekko mokrawy poblask. 



Mam dla Was oczywiście szybki i prosty makijaż tą paletą, użyłam tylko 6 cieni. Z ciemniejszą szminką, ten makijaż może nadawać się na wieczorny wypad, a jak zamienicie kolor ust na jakiegoś nudziaka to także będzie spoko wyglądał jako wersja dzienna :) 

1. Na całą powiekę nałożyłam bazę pod cienie Too Faced Shadow Insurance a na nią beżowy cień z palety Tempera
2. Załamanie powieki zaznaczyłam karmelowym brązem Burnt Orange
3. Następnie na połowę górnej powieki zewnętrznego kącika nałożyłam Red Ochre, a na drugą część Buon Fresco
4. Górną jak i dolna powiekę przyciemniłam w zewnętrznej części Cyprus Umber, a sam wewnętrzny kącik rozświetliłam złotkiem o nazwie Vermeer
5. Na górną linie wodną nałożyłam brązową kredkę Kryolan Kajal w odcieniu Brown, a na dolną w kolorze Cream
7. Rzęsy wytuszowałam podwójnie maskarą Loreal Volume Million Lashes So Couture



Czy polecam? Tak, ale... :) Nie oszukujmy się, ale nad paletą która kosztuje około 250zł to jednak trzeba by się trochę zastanowić - no chyba że dla Was to nie jest duża kwota to wtedy bierzcie śmiało. Ja ją bardzo lubię, odpowiada mi jej kolorystyka i bardzo dobrze mi się nią pracuje. Osypywanie mi nie przeszkadza, bo wiem że w większości za dobrą pigmentacja idzie tez osyp, a makijaż i tak zawsze zaczynam od oczu. Trochę zawiedziona jestem brakiem błyskotek w palecie bo tak naprawdę są tylko dwa takie cienie, reszta to maty. Przydałyby się tam jeszcze ze dwie błyskotki, szczególnie że kolory Venetian Red oraz Love Letter, jak i Raw Sienna oraz Burnt Orange są do siebie bardzo podobne, więc po jednym z nich można by śmiało wywalić z palety, bo na oku nie widać aż takiej różnicy. Krzywo patrze też na wielkość cieni, bo o ile po takim czasie w żadnym nie sięgnęłam jeszcze denka to cały czas z tyłu głowi mi dzwoni że wypraski są o połowę mniejsze niż w standardowych paletach które są o połowę tańsze. Cieszę się, że ją mam i nie żałuję zakupu, jednak kiedy mi się skończy to nie jest paletką która kupiłabym kolejny raz. 

Na koniec lista i zdjęcie wszystkich kosmetyków użytych do tego makijażu:


TWARZ:
Baza Benefit - The POREfessional, Paese DD Cream w kolorze 1N Ivory, Korektor Maybelline The Eraser Instant Anti-Age nr 00 w kolorze Ivory,Nabla Close-up Baking&Setting Powder w kolorze Translucent, Physicians Formula - Murumuru Butter Bronzer w kolorze Bronzer, Paese Wonder Glow Highlighter
OCZY:
Baza Too Faced Shadow Insurance, Anastasia Beverly Hills - Modern Renaissance Eye Shadow Palette (cień Tempera, Burnt Orange, Vermeer, Red Ochre, Buon Fresco, Cyprus Umber), kredka Kryolan Kajal w odcieniu Brown oraz Cream, Tusz Loreal Volume Million Lashes So Couture
BRWI:
Kredka do brwi z Golden Rose Longstay Precise Browliner nr 102, Bourjois Brow Design nr 01 Transparent
USTA:
NABLA Dreamy Matte w kolorze Five O'clock 

Swego czasu był na tą paletę wielki bum, czy macie ją w swoich zbiorach? Co o niej sądzicie? A może zastanawiacie się na kupnem? Dajcie koniecznie znać w komentarzach poniżej :)
Pozdrawiam Was ciepło!

czerwca 15, 2020

Natura Siberica - Gentle face Peeling

Natura Siberica - Gentle face Peeling
Cześć!

Przychodzę Ci do Was z nowym tekstem, a w nim jak sam tytuł głosi: Natura Siberica - Gentle face Peeling (21,99zł), czyli pora na recenzję kolejnego peelingu do twarzy przetestowanego przez mnie. Jeśli ciekawi Was co o nim sądzę i jak nasza relacja się układała przez parę miesięcy - to zapraszam do dalszej lektury :)


Peeling zaczęłam używać od razu po tym jak poprzedni okazał się wielkim niewypałem, jeśli nie wiecie o jakim mówię, to zapraszam do posta TUTAJ. Swój romans rozpoczęliśmy na początku Kwietnia 2018, a w zakończyliśmy w Listopadzie 2018. Jak dobrze liczę to nasz związek trwał 8 miesięcy. Zaznaczę, że ja peelingu używałam w tym czasie dwa razy w tygodniu.

Kilka szybkich faktów:
  • Pojemność 150ml
  • Ważność 12 miesięcy od momentu otwarcia
  • Cena ok. 20-30 zł
  • Skład: Aqua, Octyldodecanol, Cetearyl Alcohol, Glycerin, Prunus Armenica Seed Powder*, Cetearyl Glucoside, Sorbitan Caprylate, Aralia Mandshurica Extract, Spiraea Ulmaria Extract*, Achillea Asiatica ExtractWH, Agrostis Sibirica ExtractWH, Geranium Sibiricum ExtractWH, Citrus Limon Fruit Extract*, Pinus Sibirica Seed Oil Polyglyceryl-6 EstersPS, Glyceryl Linoleate, Glyceryl Oleate, Glyceryl Linolenate, Sodium Stearoyl Glutamate, Xanthan Gum, Benzyl Alcohol, Dehydroacetic Acid, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate, Glycolic Acid, Citric Acid, Parfum, Linalool

Produkt przychodzi do nas szczelnie zafoliowany, zamknięty w grubej plastikowej tubie, którą należny nawyciskać aby wydobyć produkt. O ile na początku to jest dziennie łatwe to wraz z ubytkiem peelingu jest to coraz cięższe.

Na szczęście jednorazowo nie wyciska się dużo produkty, więc za to plus. Sama tuba jak wspomniałam wcześniej nie jest zbyt poręczna i znacznie wole bardziej prostokątne i długie tubki. Niestety jak to przy tubkach bywa - nakrętka się cały czas syfi, więc po każdym użyciu trzeba ją starannie wytrzeć, bo gdy tego nie zrobimy to peeling tam osiada, zasycha i mocno ciemnieje.

Najbardziej w nim przeszkadzał mi zapach - jest mega intensywny! Czuć tam mega dużą ilość cynamonu, albo coś co pachnie bardzo zbliżenie, mi się kompletnie nie podobało i jak ktoś nie lubi intensywnego smrodku to odradzam :)



Konsystencja jest gęsta, w kolorze cappuccino z milionem rdzawych drobinek wewnątrz. Nie jest to najdelikatniejszy peeling jaki miałam, ale mojej twarzy nie podrażniał i nie zdzierał papy z dachu. Wracając jeszcze do konsystencji to jest ona trochę tłustawa i maślana w dotyku, co mnie osobiście odrzuca, bo mieć lubię tłustych rzeczy na dłoniach i na twarzy - dlatego też nie używam olejków do demakijażu. Po prostu nie lubię jak coś jest tłuste w dotyku.

Robił to co miał robić, czyli złuszczał martwy naskórek w sposób mechaniczny i robił to bardzo dobrze. Twarz po przemyciu była bardzo gładka i przyjemna w dotyku - jednak dalej śmierdziała tym "cynamonem".

Nie uczulał mnie i nie miałam problemów z późniejszymi etapami pielęgnacji nakładanymi po nim.

Obietnice producenta:

"Peeling złuszcza martwe komórki skóry bardzo delikatnie i skutecznie poprawiając przy tym wygląd skóry, stymulując odnowę komórkową. Dzięki zawartości aralia mandżurska sprzyja ochronie skóry przed wpływami klimatycznymi, podwyższa tonus i energetykę skóry, podczas gdy wiązówka błotna i witamina F pobudzają regenerację skóry. Tawuła wzmacnia właściwości regeneracyjne skóry. Ma to pozytywny wpływ na elastyczność i działa wzmacniająco.
Peeling wzmacnia funkcje ochronne skóry, wyrównuje i nadaje jej gładkości i sprężystość."

Co ja na to?
  1. Czy ja wiem czy aż tak delikatnie złuszczał naskórek, po dłuższej chwili pocierania zaczynało to już być nie przyjemne
  2. Zgodzę się, że poprawia wygląd skóry, bo rzeczywiście po zmyciu peelingu była bardzo gładka
  3. Nie wiem jak mogę sprawdzić czy rzeczywiście mnie chronił przed wpływami klimatycznymi, dla mnie to nie jest zbyt mierzalna cecha
  4. Co do regeneracji to rzeczywiście skóra miała żywsze kolory i była bardziej sprężysta, ale nie wiem czy tak się nie dzieje przy każdym peelingu mechanicznym w związku z pocieraniem drobinkami o delikatną skórę


Czy kupie ponownie? Nie.

Od razu zaznaczę, że nie uważam iż jest to zły produkt, bo serio jest dobry i robi to co powinien, tylko chyba nie dla mnie. Bardzo dobrze złuszcza, jeśli nie przesadzamy z długością masowania twarzy i naciskiem.

Ja chyba jednak nie lubię się z peelingami mechanicznymi. Następny do testów będzie na bank już enzymatyczny.

O ile mogłabym jeszcze przeżyć używanie drobnych ziarenek do ścierania martwego naskórka tak tłusta konsystencja i ten okropny zapach skutecznie mnie od tego produktu odpychają. 

Jeśli tłustawą formuła Wam nie przeszkadza, lubicie słodkawy, cynamonowy zapach i mechaniczne peelingi to coś co kochanie - to na bank polubicie się z tym kosmetykiem i serdecznie wtedy Wam go polecam :)


>> Następcą będzie Apis - Peeling enzymatyczny z żurawiną. Jak tylko go wykończę to dam Wam znać czy tym razem jest miłość <<

Dajcie oczywiście znać w komentarzu czy miałyście któryś z tych produktów i jak Wam się spisywały.
Ściskam Was mono!

czerwca 07, 2020

Popłynęłam ~30~

Popłynęłam ~30~
Hej Kochani,

Maj już za nami, a wakacje przed nami :) rozpoczyna się już ten okres upałów u nas, choć przez ostatnie miesiące nie można było narzekać na pogodę, bo zimy prawie nie było w tym roku. Jeśli chodzi o nowość to znów tego sporo, niestety siedzenie w domu nie pomaga w zwalczaniu mojego zakupoholizmu :( Przynajmniej nikt mi nie zarzuci, że nie wpieram gospodarki światowej w tym trudnym czasie :) Co do promocji w Rossmannie omijam je już od kilku lat sporym łukiem, za wiele razy dostałam u nich otwarty produkt, zużyty lub uszkodzony - postawiłam już dawno na drogerie internetowe.




Jak można już po pierwszych zdjęciach zauważyć, nie przeszłam obojętnie koło nowości z Glamshopu oraz pora u mnie przyszła też na poszukanie nowego podkładu :) Jest tu też pewna szminka, którą skusiła mnie jedna z Was!



Na pierwszy ogień idą palety, a konkretnie nowa współpraca Glamshopu tym razem z Zuzią, która zaowocowała jedną z najładniejszych palet dziennych jaką posiadam - GlamBOX BOHEMA by lamakeupebella (119zł)! Paleta jest prosta i bardzo niepozorna z wierzchu, ale wewnątrz znajdują się idealne cienie na co dzień dla każdego oraz perfekcyjna propozycja dla panien młodych, które chcą same pomalować się w ten wyjątkowy dzień :) Ja jestem na razie zauroczona!



Kolejna paleta to "kobyła" od Jeffree Star Cosmetics - Blood Sugar Palett (215,52zł). Kusiła mnie dobrą opinia u Agi na blogu, a że nie miałam jeszcze nic z tej marki do oczu to postanowiłam właśnie w tą paletkę się zaopatrzyć. Jest duża i ciężka jak mała walizeczka :) Jest piękna, kolorystyka jedna z tych co lubię, sprawdzę jak w praktyce już nie długo :)


Ostatnią paletka w zestawieniu jest maleństwo od Natasha Denona - Mini Star Palette (87,20zł). Dalej uważam, że koszt tych małych paletek jest zabójczy, jednak bardzo spodobała mi się kolorystyka tej, no i musiałam ją sobie sprawić :) Maty i błyski są bardzo przyjemne w dotyku i kremowę, a przy tym bardzo nie pylą się w palecie. Poniżej znajdziecie swatche.

  • Orion - to perła o niebanalnym kolorze benzyny
  • Atik - to chłodny, średni mat z dodatkiem beżu
  • Bellatrix - to kolejna perła tym razem w kolorze rosegold
  • Cosmo - to perła w kolorze starego złota z lekko zielonymi pod tonami
  • Earth - to drugi w palecie mat, ciemny i chłodny brąz w odcieniu gorzkiej czekolady

Pozostając przy oczach, postanowiłam znów zaszaleć z błyskotkami i po poście od Mazgoo odwiedziłam sklep PigmentoveLove z jej polecenia i zaopatrzyłam się w kilka błyskotek. Wszystkie pochodzą z jednej marki Femme Fatale.






Pierwsze trzy pigmenty to typowe neony, które same na oku robią całą robotę. Są matowe i bardzo miałkie, a przy tym lekko suchawe i kredowe. Pierwszy o nazwie Neon Jazz (28,50 zł) - to intensywny trawiasty kolor, Neon Rumba (28,50zł) - to biskupi fiolet, a Neon Dance (28,50zł) - to rażący po oczach róż z domieszką koralu.



Kolejne to typowe błyskotki, bardzo drobno zmielone, zamówiłam 3 jednak dostałam 4 jako gratis w mniejszej pojemności. Pierwszy pigment to Świetlik (32,50zł) to kolor różowego złota z drobinkami fioletu, miedzi, złota i różu. Kolejny kolor to Panna Młoda (24,50zł) to połączenie jasnego cukierkowego różu z domieszką brzoskwini i żółtego złota. Następny pigment to Błyszcząca Panienka (31,50zł) to typowy ślubniak, połączenie pastelowego różu i jasnego złota. Ostatnia błyskotka była w gratisie i nosi nazwę Uwodzicielka - to kombinacja różu, fioletu oraz złota z niebieskimi drobinkami.





Przechodząc płynnie z oczu do brwi, mam tutaj jedną nowość o której już długo głośno w necie. Mowa o Maybelline Brow Satin w kolorze Light Blonde oraz Dark Blonde (14,93zł). Kredka jest dwustronna, z jednej strony znajduje się typowa kredka do brwi, nie za krótka i nie za cienka. Natomiast z drugiej strony znajduje się puder/cień do brwi który ma nam pomóc w zagęszczeniu wizualnym brwi. Nie byłam pewna jaki kolor będzie dla mnie odpowiedni więc zamówiłam dwa, ech nie wiem co mam Wam powiedzieć :( Jaśniejszy kolor to odcień beżu - serio! Natomiast ciemniejszy to średni kolor, chłodnego brązu ale wpada w zgniłe zielone tony :( Muszę je sprawdzić na brwiach, ale jak na razie zapowiada się tragedia.




Teraz coś do twarzy. Na pierwszy rzut idzie The POREfessional od marki Benefit (60zł) czyli baza minimalizująca widoczność porów w formacie podróżnym. Miałam kiedyś kilka jej próbek i szczerze spodobała mi się bardziej niż taka sama baza dedykowana ze Smashbox - Photo Finish Pore Minimizing Primer. Oczywiście ta jest o połowę mniejsza, jednak robi to co ma robić. W małym i kolorowym pudełeczku oprócz bazy dostajemy też długą ulotkę w której znajdziemy rysunkową instrukcję jak używać bazy oraz kilka sztuczek od marki jak poprawić swój makijaż w ciągu dnia. Sama baza ma lekko piankową konsystencję, beżowy kolor i ładnie lekko pachnie.




Pora na dwa u mnie nowe podkłady, a raczej koloryzujące kremu do twarzy. Oba są o niebo dla mnie za ciemne, więc bez dużej dawki rozjaśniacza się nie obejdzie. Pierwszy z nich to Golden Rose Nude Look - Radiant Tinted Moisturiser w kolorze nr 01 Fair Tint (23,92zł). Jest gęsty i śmierdzi trochę chemicznie, na szczęscie zapach szybko się ulatnia. Kolejny to AVON - Anew Perfect Skin BB Cream w kolorze Light (21,99zł). Jest bardziej ciemny niż ten wyżej, konsystencja jest bardziej lejąca, a kolor minimalnie bardziej brzoskwiniowy. Zapach jest dużo ładniejszy, lekki i kwiatowy.



Pozostając przy twarzy, sprawiłam sobie dwa nowe pudry. Pierwszy to wypiekany puder od Golden Rose Nude Look - Sheer Baked Powder w kolorze Nude Glow (22,90zł), ma kolor i obawiam się, że będzie mi przyciemniał makeup :( Natomiast drugi to puder pod oczy od Paese Puffcloud (19,92zł), który jest transparentny i zbiera bardzo dobre opinie w sieci.




Ostatnie dwa produkty do twarzy to rozświetlacze. Pierwszy to coś o mocnym, szampańskim blasku od Nabla - Skin Glazing w kolorze Ozone (79,20zł). Drugi to miniaturka na spróbowanie czy kolor i formuła mi będzie pasował od Becca - Shimmering Skin Perfector Pressed Highlighter w kolorze Moonstone (60,80zł). Maja bardzo podobny do siebie kolor, jednak Becca ma nieco słabszy blask i bardziej złotawy ton. Oba jednak nie przyciemniają mojej skóry i idealnie błyszczą się na niej.



Pora na ostatnie już zakupy, więc przechodzimy do ust. Na pierwszy ogień idą produkty od Glamshop, czyli zestaw BELLA by Lamakeupebella (50zł) oraz dwie inne konturówki w zwykłej drewnianej kredce które zamówiłam przy okazji. W skład zestawu Bella wchodzą trzy konturówki i jedne błyszczyk. Poniżej możecie zobaczyć swatche.




Koturówka nr 1 to jasny beż z domieszką różu, kolor nr 2 to jasny róż, a kolor nr 3 to ciemnawy, ciepły brąz z lekko ciepłą bazą i dodatkiem beżu. Błyszczyk o nazwie Bella w opakowaniu wydaje się bardzo ciemny i rudawy. Natomiast na ustach i swachu widać, że jest to mieszanka jasnego pomarańczu i różu, a tego ciepłego tonu dodają mikro złotawo-rudawe drobinki zatopione wewnątrz.



Dwie pozostałe konturówki to Brzoskwiniowy Nude (15zł), która jest mieszanką brzoskwini i pudrowego różu, natomiast jak dla mnie róż wygrywa stanowczo w tej mieszance. Kolejna to Różana (15zł), która jest ciemnym, chłodnym różem z domieszką fioletu - piękna!






Skusiłam się na dwie nowe, kremowe pomadki od PAESE - NanoRevit Creamy Lipstick w kolorze nr 13 Mallow oraz nr 12 Peony (34zł). Pierwszy odcień to lekko zgaszony różu, a drugi to intensywny, jasny ale nie jakiś mega jaskrawy róż. Pachną lekko wazeliną i mają wykończenie satynowe. Są bardzo kremowe, aż może za kremowe jak na mat, przez co na ustach wypadają średniawo, odcinają się brzydko i wyglądają jakby się zważyły. Odcień nr 12 nie zostanie u mnie na bank, bo to nie moja kolorystyczna bajka.





Kolejne pomadki to moje dwie nowości kolorystyczne od Bobbi Brown (130,50zł) z serii Luxe Liquid Lip Velvet Matte. Mam dwa kolory: Uber Pink Nr 2 to w opakowaniu, chłodny i lekko przygaszony róż, natomiast na dłoni wygląda jak kolor różany z dodatkiem beżu, a znów na ustach u mnie jak brzoskwiniowy beż i kompletnie różu  nie widać :( Drugi kolor to Pink Shock Nr 8 w opakowaniu i na ustach to piękna i intensywna funkcja, natomiast na dłoni to malinowa czerwień :) Nie mam pojęcia od czego zależy ta zmienna kolorystyka - może od PH skóry? Pomadki po większym posiłku zjadają się od środka, ale nie jakoś tragicznie, zapach jest przyjemny i lekko świeży. Trzeba je nakładać w małej ilości, a potem najlepiej odcisnąć jeszcze, bo inaczej czuć je na ustach i wyglądają na zważone.





Kolejne trzy produkty do ust pochodzą z marki Lancome. Pierwszą "pomadkę" kupiłam dla fanu zobaczyć co to takiego - o zwykła ciekawość :) Mówię tu o Matte Shaker Nr 378 w kolorze Pink Power (81.75zł). Zawartość płynna produktu jest zamknięta w małych shakerze, a trójkątna gąbeczka nabiera produkt po wstrząśnieniu opakowaniem. Kolor to przepiękna funkcja, zapach jest lekko chemiczny i typowy dla tintów jeśli mieliście kiedyś. O dziwo mega zaskoczył mnie aplikator, bo okazał się precyzyjny. Kolor na ustach może być lekki lub bardzo intensywny, zależy ile razy będziecie smarować gąbeczka po ustach - dodam, że nie trzeba tu nic dokładać. Pomadka jest bardzo wodnista i jak to bywa przy tintach wżera się w usta. Kilka minut zastyga jak się dołoży większą ilość i odbija się, natomiast zjadając się robi to delikatnie od środka, stając sie po prostu jaśniejsza. Na razie podoba mi się ten wynalazek, jednak dodam, że bardzo wysusza usta i po kilku godzinkach zaczyna być ją już czuć na wargach.




Dwie pozostałe pomadki są z serii L'Absolu Rouge (123,74zł) Nr 250 w kolorze Beige Mirage oraz Nr 354 w odcieniu Rose Rhapsodie. Pomadki wyglądają bardzo luksusowo i otwierają się na click - mega podoba mi się ten bajer :) Zapach jest ładny, ale nic szczególnego, pomadki są bardzo kremowe i mają lekko transparentne wykończenie. Pierwszy kolor to idealny nudziak w kolorze neutralnego beżu, który na moich ustach wygląda bardzo delikatnie i lekko je rozjaśnia - idealna opcja na co dzień. Drugi kolor to zgaszony róż, który wygląda obłędnie na ustach. Formuła jak i odcienie obu bardzo mi się podobają :)




Ostatnia pomadka została kupiona od wpływem impulsu, gdyż zobaczyłam ją na blogu Justyny z Rupieciarni Drobiazgów w jednym z jej postów z ulubieńcami. Kolor mi się tak spodobał, że postanowiłam ją sobie także sprawić. Mowa o Avon - Matte Legend w kolorze Perfection (10,99zł). To piękna kremowa pomadka w kolorze zgaszonego i lekko chłodnego różu - cudna jest! Do najtrwalszych nienależny, ale mi to nie przeszkadza :) zapach ma bardzo ładny, lekko słodki, cukierkowy - mi się kojarzy z lizakami :) Jak na razie mam problem z wyczuciem malowania tym dziwnym kształtem i radze sobie pędzelkiem do ust.

A jak u Was zakupowe szaleństwo? Wolicie drogerie internetowe czy stacjonarne?
Ściskam Was mocno!


Copyright © 2016 M&M - Mouse and Makeup , Blogger