listopada 08, 2020

Popłynęłam ~33~34~

Hej,

Nie mogę uwierzyć w to, że moje zakupowe posty to są chyba coraz dłuższe :) Mam poślizg 3 miesięczny w zakupach - wybaczcie, ale chyba życiowo nie mogę się ogarnąć ostatnio! Obiecałam sobie, że blog ma być dla mnie odskocznią i możliwością podzielenia się z innymi tym co lubię i co sprawia mi radość, więc póki swojej "kuwety" nie ogarnę to niestety posty będą pojawiać się kiedy w końcu w zabieganym świecie znajdę dla siebie minutkę relaksu :) Dziś w końcu nowości sierpniowe i wrzesniowe, jak zwykle nie potrafiłam się powstrzymać i uzbierało się tego trochę :)

Na początek zakupy Sierpniowe: 


Zaczniemy w miarę skromnie jak na mnie, czyli bez większych szaleństw. Umiarkowana liczba palet i szminek, coś do twarzy i tyle - dziwne prawda? Spokojnie rozkręcę się w kolejnych miesiącach :) Mam też wrażenie, że sam Sierpień nie obfitował jakoś w duże promki i nowości co by mnie aż tak kusiło :(


Zacznę od oczu, a jak oczy to i palety cieni. Na pierwszy ogień wskakuje Anastasia Beverly Hills - Carli Bybel Eye Shadow Palette (215,20zł). Trochę wahałam się z jej zakupem, bo niestety w necie mnóstwo mieszanych opinii, zarówno w filmach jak i na blogach. Mi kolorystyka bardzo się podoba - no może za wyjątkiem dwóch szarawych błysków, ale do przeżycia :) Co ja o niej myślę? Musicie poczekać na recenzję :)


 


Przy kolejnych nowościach z cieniami powiem od razu, że miłości nie ma. Mowa o Fenty Beauty - Snap Shadows (87,20zł). Kupiłam dwie paletki, bo stwierdziłam, że akurat te dwie konkretnie mają idealne kolory na dzień i ze względu na mały rozmiar sprawdzą się idealnie na wyjazd. Co mi się w nich nie spodobało? Też będzie w osobnej recenzji. Dodam tylko, że zastosowano tu mega fajny patent, że paletki można złączyć ze sobą pleckami, co jest mega wygodne. Ja mam dwie wersje kolorystyczne. Nr 1 - True Neutrals, czyli świetne dzienne zestawienie typowych neutralnych brązów i delikatnych błysków. Nr 3 - Deep Neutrals, to ciemniejsza wersja, która zawiera kolory idealne do przyciemniania makijażu.




Pozostając w tematyce oczu, zaopatrzyłam się w 3 nowe, sypkie pigmenty od Kobo - Loose Pigment (19,99zł). Pierwszy kolorek to Nr 609 - Crystal, czyli idealny ślubniak na całą powiekę. Nałożony na mokrą bazę, daje idealny błysk jasnego złotka. Pięknie łapie światło i warto podkreślić, że nie ma tu żadnych drobinek, czysta tafla :) Nr 607 - Ruby with Blue Sparks, jak sama nazwa głosi to ciepła różowoczerwona podstawa z milionem iskrzących niebieskich i fioletowych drobinek. Jeśli użyjemy dobrej klejącej bazy to o dziwo w ciągu dnia się nie osypują :) Ostatni kolorek to Nr 604 - Cooper Crystal, czyli baza z żółtego złotka plus rdzaworudawe iskierki. Żałuję, że do zdjecia nie nałożyłam ich na mokrą bazę, aby pokazać ich potencjał :(


Jedyny produkt do twarzy w tym zestawieniu to prasowany, transparenty puder od Hean - No Colour Fixer (22,90zł). Pozostawia na twarzy lekki blask i niestety kompletnie nic nie fixuje. Po kilkunastu dniach zaczął się coraz gorzej nakładać na pędzel, zaczął się dziwnie kruszyć i grudkować, a potem wytworzyła się na jego powierzchni jakaś dziwna skorupa :(

W poszukiwaniu idealnego, bezbarwnego żelu do utrwalania brwi trafiłam na Max Factor - Brow Styler w kolorze Clear (17,99zł). Niestety jest beznadziejny, kompletnie nie przytrzymuje włosków, nabiera się go minimalna ilość bo stoper prawie wszystko ściąga z giga szczoteczki. Na początku myślałam, że może to przez małą ilość słabo utrwala, jednak po wyjęciu stopera i nałożeniu większej ilości nie robiło to większej różnicy :(




Co do produktów do ust to może zacznę od nieco mniej trwałych formuł na początek. Ciaté London Pump Plum Plumping Gloss w kolorze Honey Dew (82,91zł) to pierwszy gagatek. Firma kompletnie dla mnie nieznana. Błyszczyk nie pachnie jakoś szałowo - zalatuje mi mentolem, a kolor to lekko przeźroczysty czekoladowy budyń z odrobina karmelu, który kompletnie nie jest widoczny na ustach. Nie nakłada się zbytnio wygodnie na usta, mega się lepi, wiec uważajcie w wietrzne dni. Mocno mrowi na ustach, jednak nie zauwazyłam żadnego efektu powiększania ust. Drugi błyszczyk to Dior Addict Lacquer Stick w kolorze nr 577 Lazy (120,40zł). Za tą cenę rzeczywiście dostajemy bardzo elegancko wyglądający produkt. Zapach jest delikatny, ale przy tym lekko słodkawy i owocowy. Rozprowadza się bardzo płynnie i gładko. Jest bardzo kremowa i o dziwo ma bardzo dobre krycie jeśli przejedziemy pomadką kilkukrotnie po ustach. Sam kolor to cukierkowy róż, za którym nie przepadam zazwyczaj, ale ten jakoś mi pasuje, dodaje świeżości i dziewczęcego uroku. Nie jest jakiś mega trwały, ale bez problemu  można go dołożyć po posiłku. 





Kolejne dwa produkty do ust to już standardowe pomadki w sztyfcie, jedna matowa a druga kremowa. Pierwsza to Lancome L'Absolu Rouge Drama Matte w kolorze Nr 274 - Sensualité (115,50zł). Pomadki tej marki mają coś w sobie, jestem nimi zauroczona, ich prostotą, elegancją i tym jak ekskluzywnie wyglądają :) Zapach jest cudowny, rześki i perfumowy. Sam kolor to nieco ciemniejszy, zgaszony róż z odrobiną ciepłego tonu. Krycie powala, rozprowadza się gładko i pozostawia usta idealnie matowe, a przy tym nie przesusza ich. Niestety transferuje się, natomiast gdy się zjada robi to bardzo naturalnie i bez problemu można ją dołożyć w ciągu dnia. Kolejna szminka to lekko koralowa, kremowa pomadka z odrobiną brązu od Nude by Nature Moisture Shine Lipstick w kolorze Nr 03 Dusty Rose (69,30zł). Krycie jest bardzo dobre i o dziwo trochę tępawo rozprowadza się na ustach. Mam wrażenie jakby była lekko lateksowa :) Trochę się klei, wiec trzeba uważać, ale przy tym dobrze się trzyma i wygląda mega naturalnie.



Ostatni sierpniowy zakup to kolejna płynna, matowa pomadka od Fenty Beauty - Stunna Lip Paint Longwear Fluid Lip Color w odcieniu Uncensored (81.60zł). Przepiękna, głęboka i lekko zimna czerwień. Krycie nie ziemskie, kolor bardzo równie i płynnie nakłada się na usta. Uczucie jakby się malowało wodą :) Nie noszę czerwieni na co dzień i mam ich tylko kilka w swoich zbiorach, ale jak przychodzi impreza rodzinna lub randka z mężem to bardzo lubię wtedy nałożyć taki kolor. Trzeba nią zawsze wstrząsnąć przed użyciem, zapach jest lekko sztuczny, ale to nic odpychającego :)

Teraz przyszła kolej na zakupy z Września:



Taaak... tu już się coś więcej dzieje jeśli chodzi o ilość :) Dotarło do mnie moje zamówienie zza wielkiej wody z ColourPop :) I tak, wiem że kupiłam kolejne dwie paletki od Pat McGrath, gdzie ostatnio TUTAJ zarzekałam się, że już więcej nie kupie :) Jest tu także znacząco wiecej produktów do twarzy w porównaniu do poprzedniego  miesiąca.

Zacznę standardowo od oczu, a jak oczy to i baza pod cienie. Tym razem postanowiłam sobie sprawić osławioną z Urban Decay Eyeshadow Primer Potion w wersji Original (89,90zł). Nie otwierałam jej jeszcze, bo jest ważna tylko 6 miesięcy i żal by mi było ją wyrzucić kiedy mam jeszcze otwartą inną zużytą dopiero w połowie :(





Przejdźmy do cieni do powiek. Tak, znów to zrobiłam i kupiłam nie jedna a dwie palety z cieniami od Pat McGrath, na szczęście tym razem zapłaciłam dużo mniej niż ostatnio, bo przesyłkę i cło opłaciłam od razu. Trafiła mi się zniżka 30% więc mnie podkusiło :) Pierwsza paleta to Mothership I - Subliminal Palette (350zł) i jest trochę chłodna jednak z dziennymi odcieniami wewnątrz, plus mega królewski, niebieski cień który przykuwa od razu wzrok po otwarciu opakowania :) Druga to typowa nudna paleta z brązami MTHRSHP Subliminal Platinum Bronze Palette (182zł). Doliczono mi dodatkowo 122,36zł jako opłaty i podatki celne i w sumie całe zamówienie wyszło mi 654,36zł. Jednak chyba już więcej ich nie kupie, no są za drogie, stanowczo! Są piękne, ciężkie, ekskluzywne, cienie są duże i mają unikatowe kolory, ale ta cena jednak jest mocno wygórowana :(


Ta paleta to najczęściej używana paleta z cieniami we wrześniu. Była ze mną na dwóch wyjazdach i sprawiła się rewelacyjnie, mowa oczywiście o Dose of Colors Desi & Katy Friendcation Eyeshadow Palette (38,50 EUR). Zamówiłam ją z Beauty Bay, bo była na nią fajna promka, w regularnej cenie kosztuje prawie 55 EUR. Ma śliczne błyski i idealne dzienne maty, które spasują każdej karnacji. Recenzja oczywiście będzie, ale już teraz mogę Wam szczerze ją polecić :)


Kolejna paletka też mega nudna, same brązy i kilka błysków także w stonowanych kolorach. Mowa o ColourPop - Going Coconuts (8,40 USD). Wielkościowo jest malutka, ale podobnie jak opisana wyżej paleta była ze mną cały wrzesień i szczerze to jak mam zrobić sobie nudny makijaż to sięgam odruchowo po nią. Jeśli macie możliwość ją jeszcze gdzieś dorwać to polecam, ja kupiłam TUTAJ na amerykańskiej stronie sklepu i na szczęście ominęło mnie cło :)




Ostatnie produkty do oczu to zestaw 8 sypkich cieni marki Clare Blanc z kolekcji Care About You w wersji Nude (159,92zł). Znajdujemy tam zarówno cienie matowe jak i błyszczące. Podkusiły mnie pozytywne recenzje i zachwyty nad produktami tej marki i jak na razie nie wiem co o niej sądzić. Wkurza mnie, że wszystko mi się sypie wokoło. Ogólnie to jest zrozumiałe przy błyskach bo je się nakłada raczej jako akcent, jednak już maty w wersji sypkiej mnie bardzo drażnią :( Może Wy macie jakieś sposoby na taką formę cienia matowego, jak sobie radzicie przy nakładaniu? Dodatkowo słoiczki są bardzo małe i mega niewygodnie wydobywa się z nich cienie :(

Pora na petardę w kategorii produktów do brwi. My Secret, Wow! Eyebrow Shaping and Fixing Gel (14,99zł). Wybaczam mu, że nabiera się go o wiele za dużo, wybaczam też to mega brudzenie i dłuższe zasychanie bo jak już zaschnie - o mamo! To mój zdecydowany faworyt jeśli chodzi o żele utrwalające do brwi. Utrzymuje nawet długie i niesforne włoski w górze. Ma konsystencje przeźroczystego żelu o dziwnym zapachu :) Trzeba go dobrze odsączyć o szyjkę opakowania bo nabiera się go zdecydowanie za dużo aplikatorem. Najgorsze jest w nim to, że ciągle wszędzie jest wykupiony :(


Pora na coś do twarzy, na początek coś z marki Missha M Signature Real Complete BB Krem w odcieniu Nr 13 Light Milky Beige (104, 90zł). Ma fajny jaśniutki, lekko oliwkowy kolor i potrzeba go bardzo niewiele, aby pokryć całą twarz. Krycie ma bardzo dobre i bez problemu wyrównuje koloryt skóry. Co mnie najbardziej zaskoczyło, to to, że w końcu znalazłam podkład który jest dla mnie za jasny :) Zapach jest delikatny, świeży i lekko perfumowany. Mi najlepiej nakłada się go rękoma.



Kolejne produkty do twarzy to dwa bronzery, niestety bardziej nadają się na lato do ocieplania i podkreślania opalenizny - przynajmniej u mnie, bo wychodzą mega cieplutko na mojej buzi. Pierwszy to My Secret Tropical Kiss Face'N'Body Bronzing Duo Powder (19,99zł), jest to wypiekany puder brązujący do twarzy i ciała. Pozostawia połysk w  miejscu w jakim się go nałoży i sądząc po kolorze w opakowaniu myślałam, że bedzie bardziej w chłodnych tonach, natomiast u mnie na twarzy wpada lekko w ciepłe tony. Kolejny bronzer to Lumene Nordic Chic Sun-kissed Bronzer (35,60zł). Niestety sugerowałam się zdjęciem w necie i tam wydawał mi się chłodniejszy, na mojej cerze niestety wypada dość ciepło, a ja nie lubię swojej twarzy w takich kolorach. Pomijam fakt, ze gdyby nie kolor to jest serio super, ogromy, pięknie wykonany a do tego ślicznie pachnie :) Nie jest to matowy bronzer bo zawiera dużo mikro holo drobinek, ale nie widać ich bardzo na twarzy.



Ostatnie produkty do twarzy to dwa rozświetlacze marki PolourPop Super Shock Highlighter (5,60 USD). Oba mają niby zbitą konsystencje, ale pod palcami robią się kremowe i zimne. Można też w nich zatopić palucha jak przyciśnie się zbyt mocno. Pierwszy z nich to Stole the Show, jest chłodniejszy o jasnym, perłowym blasku i ma zatopione w sobie drobinki różowe, srebrne i złote, które niestety widać na twarzy. Drugi to Lunch Money jest bardziej szampański w swojej kolorystyce i nie ma żadnych drobinek przez co podoba mi się o wiele bardziej. Na twarzy prezentuje się ślicznie, tworzy jednolita taflę, ale nie nakładam go na przypudrowaną twarz, gdyż o wiele lepiej wygląda na samym podkładzie.



Ostatnia kategoria makijażowa to produkty do ust. Zaczynam od dwóch błyszczyków w podobnych odcieniach. Pierwszy to ColourPop Ultra Glossy Lip w kolorze Flying Horses (4,90USD). To co go wyróżnia to na bank aplikator, który nie jest taki jak w innych błyszczykach, bo mamy tutaj pędzelek :) Ja stanowczo jednak wole standardowe aplikatory, ten jakiś taki i wiotki i nie równo nakłada produkt. Co do zapachu to jest on lekko słodkawy i budyniowy. Kolor w opakowaniu to taki brudny, zgaszony bordo. Na ustach wygląda bardzo naturalnie i lekko przyciemnia mój naturalny kolor ust, nie klei się, jednak bardziej zachowuje się na wargach jak olejek niż błyszczyk. Drugi to Dose of Colors Lip Gloss w kolorze Messy Bun (11,90EUR). Jest nieco jaśniejszy i dużo gęściejszy od poprzednika. Nie klei się i mocno kryje. Zapach jest słabo wyczuwalny ale raczej chemiczny. Nakłada się bardzo równo i ja jestem zakochana :)


Kolejne dwa produkty do ust z ColourPop to zestaw Winger Takes All (8,40USD). W skład zestawu wchodzi matowa pomadka z serii Ultra Blotted Lip w kolorze Ringleader oraz błyszczyk z serii Ultra Glossy Lip w odcieniu Managerie. Pierwszy produkt to gesty i zbity mus, który już przy pierwszym pociągnięciu zostawia piękny i równy kolor średniego, lekko zgaszonego, aczkolwiek intensywnego różu na ustach. Wysusza mocno usta po całym dniu i pachnie niestety chemicznie. Błyszczyk można spokojnie nakładać na pomadkę co przeciwdziałam nadmiernemu wyschnięciu ust pod koniec dnia. Kompletnie nie zmienia koloru pomadki, a dodaje jej mega błysku i mikro iskierek złota i różu w słońcu. Na szczęście nie jest to żaden chamski brokat, wygląda jak bardzo drobny piasek. Zapach ma bardzo słodki, trochę karmelowy. Aplikator jest w formie pędzelka i trochę się brudzi przy nakładaniu na pomadkę. Sam błyszczyk jest średnio gesty w kolorze jasnej, rozbielonej brzoskwini ze żółtoróżowym piaskiem zatopionym wewnątrz. Nałożony sam na usta praktycznie nie daje żadnego koloru. W połączeniu z pomadka płynną z zestawu znacząco wpływa na jej trwałość, natomiast w dalszym ciągu zjadanie się produktów jest bardzo ładne i równe, nic się nie odcina a jedynie powoli blednie od środka ust w kierunku zewnętrznych krawędzi.


Na koniec coś mega wysuszającego usta, mowa o wychwalanych pomadkach od Loreal z serii Signature (34,99zł). Pomadki mają specyficzny i lekko chemiczny zapach, a przy tym bardzo wodnistą formułę. Podczas aplikacji ma się wrażenie, jakby nakładało się wodę i na początku nie czuć jej kompletnie na ustach, jednak z biegiem czasu bo kilku godzinach da się odczuć już przesuszenie i lekkie ściągniecie. Nie smużą i kolor jest bardzo równo nałożony. Wbijają się pigmentem w usta i nawet po tym jak zetrą się z ust to nadal widać idealny kontur i zmieniony pigment na skórze warg. Schodzą bardzo ładnie i delikatnie, nawet ten ciemniejszy kolor. Jak już o kolorach mowa to ja mam dwa odcienie. Pierwszy to Nr 105 I Rule, czyli idealny dzienny, chłodny i lekko zgaszony róż. Nie wychodzi trupio na ustach jak to mają często w zwyczaju takie kolory. Drugi to Nr 114 I Represent, który w opakowaniu wygada jak malinowa czerwień, natomiast na ustach to bardziej fuksjowy róż. Obie się transferują, wiec trzeba mieć to na uwadze przy dawaniu komuś buziaków :)

To już wszystko jeśli chodzi o zaległe dwa miesiące :) Macie coś z tych rzeczy? Może na coś się skusicie? Dajcie znać w komentarzach :)

Ściskam Was ciepło!

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Copyright © 2016 M&M - Mouse and Makeup , Blogger